***
Jestem czystą kartą
rozpiętą na sztalugach życia
poddaję się pieszczocie
twojego wzroku
niecierpliwie
czekam na dotyk
Obietnice
Przyjadę do ciebie
z kotem pomruczę
obudzę wiersz zapachnę
przyjadę do ciebie
przegonię troski zmęczenie
lato zatańczy morze spokornieje
odjadę
***
Przeczytaj mnie zachłannie
jak książkę na indeksie
upij się treścią kształtem
poznawaj jak pod mikroskopem
będziesz skazany na powroty
***
W twojej kuchni
odgrzewam kolejny dzień
bez makijażu
wciśnięta w uśmiech
pozbawiona własnego ja
bezbarwna
Barbie
która kiedyś była kobietą
***
Przybyłam do ciebie z wiosną w sercu
muzyką we włosach
w moich oczach tańczyło lato
błękitniał uśmiech
zatrzasnąłeś okiennice
jesień
Co
dnia
W standardowym M
brak miejsca dla marzeń
nadzieje siedzą na walizkach
warczy kuchenny robot
podcięte skrzydła zmywają podłogi
twoje oczy wpatrzone w gazetę
zapomniały obudzić kobiecość
okna sąsiadów zaglądają do sypialni
kolejny tryb niedokonany
bawi się naszym
życiem
Pierwsza miłość
Zapach morza
złoty piasek
drżenie rąk
roztańczone włosy
tamta miłość
powraca śpiewem lasu
spadającą gwiazdą
tamta miłość
wciąż czeka
***
Patrzę jak wtulacie się w sen
ufni bo jestem
czuję ciepło oddechu
kiedy sprawdzacie zapach macierzyństwa
jakie to szczęście
Lučki, sierpień 2002
Za
Ze szklanką gorącego mleka w dłoni
zasiadłam przy zaspanym stole
oczy obmyte w wodociągowym strumieniu
drążą tajemnice świata
za granicą szyby ruch
ptaki testują prawa dynamiki
korytem asfaltowej rzeki płyną samochody
ludzie szukają sensu
stary zegar
miarowo odcina czas
***
Idę od człowieka do człowieka
uśmiechem rozczesuję splątane myśli
częstuję gestem słowem
oni czasem kamieniem
wtedy potykam się o zaschnięty żal
kruszę ścianę ignorancji
idę
***
Czekam na nieuchwytne spojrzenia
niepojęte słowa świeży gest
wypełniają mnie niespełnienia
stary kornik drąży pamięć
już nie wiem
kto zatrzasnął drzwi
Twarze
Nosimy je dostojnie albo jak dopust boży
ubierając codziennie w znoszone maski
ukrywamy onieśmielenie pychę
pozbawieni wyboru
odkrywamy w lustrach oczu
nowe szczegóły znaczone czasem
uczą pokory
Różowa wstążeczka
Sześć milimetrów
bezbolesna granica tolerancji
wyłuskana palcami chirurga
sześć milimetrów
odległość niewielka nawet dla ślimaka
wtłacza w nieskończoność białych korytarzy
sześć milimetrów
mniejsze od ziarenka grochu
ukryte w epicentrum kobiecości
twoja własna bomba
Panie
Kiedy zamkniesz czas
ustanie bicie serca
w kobiałkach przyniosę
brudnopisy dni
nierozwiązane zadania
zdając rachunek przed Tobą
poproszę o czas na czystopis
***
Śniłam
dotyk wypełniał mnie muzyką
prowadził do światła
pocałunek
wilgotna skóra
najzwyklejszy poranek
***
Wystawiłam twarz do słońca
poparzyło
zaufałam człowiekowi
upokorzył
teraz zbieram kamienie dni
układam drogę do siebie
Iluzja
Mozolnie ceruję podarty uśmiech
nakładam go niczym balową sukienkę
dziś znowu mi się udało
powstrzymałam deszcz obłudnych spojrzeń
trzepotem rzęs przegoniłam samotność
ale uśmiech podarł się w nowym miejscu
powróciły babskie rozterki
w co ubiorę się jutro
Szansa
Nie goń za wierszem
sam przyjdzie
ułoży się miękko na kartce
tylko daj mu szansę
nie goń za miłością
nadejdzie
świat dla ciebie roztańczy
nie uciekaj przed starością
będzie piękna
daj sobie szansę
Cień
Był przy tobie pierwszy
zanim zachłysnąłeś się powietrzem
biegł krok przed obok za
przedrzeźniał ciuciubabką
rósł w zachodzącym słońcu
w pochmurne dni zasypiał pod stopami
podeptany
pozwolił ci iść samotnie
***
Chcieli zobaczyć Boga
dotknąć chmur
naprędce związali belki
sklecili krzyż
zabrakło pergaminu Syna rozpięli
uczepili się jego stóp
ogonem marzeń
myśleli wzlecą wyzwolą się
z dłońmi we krwi
pozostali poza tajemnicą
Przewrotność
Idź i czyń
rzekł Pan
i człowiek poszedł
siał nadzieję
zbierał dzieci i liście na sienniki
żegnał żurawie
podglądał zapobiegliwe wiewiórki
niedźwiedzia przy barci
rozpalił ogień
i ukrył go pod dachem
oswajał rzeki pory roku
dojrzewał
myślał –
zwyciężyłem
a Ziemia rzuciła go
na kolana
Mapa
Bruzda wokół ust codziennie głębsza
wyznacza granice uśmiechu
oddala od młodości
babie lato zmarszczek otula oczy
jeszcze czasem płoną rumieńcem policzki
jak bukowina jesienią
zmęczonym wzrokiem szukasz
drugiej strony lustra
***
Pawłowi
Jeszcze gra twoim śmiechem powietrze
przedmioty czekają na dotyk
listopad nasunął ci kaptur
na osiemnastym szczeblu drabiny torowiska
czarny anioł
nie zauważyłeś
to okrutne
krzyczy osierocony cień
***
Chcę uśmiech twój ożywić
usiąść z tobą przy kuchennym stole
troski w twe dłonie złożyć
zapomnieć
czy zdążę
Następstwo czasów
Mamie
Był czas przede mną
czas twojego uśmiechu
czas tworzenia
nastał czas przy tobie
czas mojego uśmiechu
czas rozmów do świtu
bezpieczny za parkanem twoich dłoni
twój czas
zamknął się w czarno-białej fotografii
przyjdzie czas bez nas
Ojcowskie dylematy
Nie sprostał
nałożyłeś na niego karę
odlot barwnego motyla
skazał cię na cierpienie
teraz jest malarzem Edenu
czas na przebaczenie
Tajemnica uśmiechu
Osiadł na Twoich ustach
onieśmielał i kusił
chronił
był w Tobie mimo wszystko
utrwalony na fotografiach
ożywia wspomnienia
Wycieczka promienia
Obudził go kuszący śmiech
wyruszył
oświetlił płaskowyż brzucha
delikatnie przesunął się do niecki
zatonął
niebo osunęło się na kolana
ptaki umilkły
zapach życia rozkołysał łąkę
***
Z nitek smutku
księżyc tka babie lato
paralotnie dla jesieni
klucze dzikich gęsi
zamykają lato
słońce perli kolory
w koronach drzew
we mnie dojrzewa bursztyn
|