Tomasz Sobieraj
Gra, Łodź 2008




Tysiąc kawałków
Kiedy zaczął się czas
Powstałem z tysiąca kawałków
Potwornych tętent koni
Wypełniał jeszcze
Twarde zielone myśli
Stonogi pod polnym kamieniem
Włożyłem na suchy grzbiet
Pelerynę ze smutnych gwiazd
Wypłynąłem w przestrzeń
Poszukać granic
Wolność unosiła wysoko           
Cel idealny
Znalezienie prawdy
Był blisko jak ogony komet
Albo skrzydła czerwonych smoków
Cel realny
Prawdy poszukiwanie
Może był jeszcze bliżej
Połknąłem srebrne motyle
Upadłem na niebo
Widziałem jasno
Drogę do ideału
Nie była prosta
Za to malownicza
Wiła się w górę
Pośród drzew i strumieni
Zbudowana z tysięcy kawałków
Granitowych myśli
Małych prawd
Z których każda składała się
Z tysiąca mniejszych
Szukałem okrucha
Innego niż wszystkie
Raniąc dłonie i kolana
Znalazłem nieco twardego kwarcu
Szyszki i zgniłe liście
Podniosłem się i pobiegłem
Może wyżej
Gdzie jeszcze nie było ludzi
Leży jakiś kryształ


Sen
Znużony drogi monotonnym żarem  
Zapadłem w traw łono ościste            
Powiekami snu dotykałem
Widziałem w nim głowę człowieka
Bez ciała mówiącą
I ptasie szpony tańczące                                  
Chyba walca
Owoce dziwne                        
Na dłoni martwej                          
I postać kobiety okrytą                                     
Czymś na kształt prześcieradła
Zapewne śniłbym tak długo                                      
Wonią traw odurzony anielską
Gdyby nie chmury czarnej
Deszczem cieknące cielsko


Gra
Na skale czarnej
Przysiadły anioły
Zwinęły skrzydła
I wyjęły kanapki           
Z niebiańskich chlebaków
Wesoło majtały nogami
Śmiejąc się i zajadając
Pszenne bułki z salcesonem

Dolina pod skałą
 Była szczęśliwa
Żyzna ziemia rodziła kwiaty
I rzadkie owoce
Mężczyźni mieli silne ramiona
Kobiety nosiły warkocze
Właściwie
Nie było niczego nadzwyczajnego
W szczęśliwej dolinie
Życiu ludzi
Ani w nich samych

Anioły wytarły usta obłokami
(młodość nie zna dobrych manier)
            I dla zabawy zalały dolinę
            Wezbranymi wodami rzeki
            Pokładały się ze śmiechu
            Widząc jak ludzie walczą o życie
            Swoje i bliskich
            Żeby było zabawniej
            Dorzuciły jeszcze choroby
            I nieco ognia
            Ocalonym nie było łatwo
            Podnieść się z kolan

            Bóg odsłonił rąbek błękitu
            Sprytne chłopaki - powiedział
            Jutro pogracie z drugiej strony Ziemi
             W wybuchy wulkanów i huragany
            A w przyszłym tygodniu
            Zrobimy sobie jakąś wojenkę
            Rzeź Ormian albo holokaust
            Na dzisiaj wystarczy zabawy
            Chyba że chcecie powrzucać sobie
            Dusze do piekła
            Za to są dodatkowe punkty



Nienawidzę małych miasteczek

Nienawidzę małych miasteczek
Takich z ryneczkiem pośrodku
Białymi krawężnikami
I klombami czerwonych pelargonii
Mdlących zapachem wyczekiwania
           
Nienawidzę tych wąskich
Sennych uliczek
Małych domków wśród malw
I sprzedawców cukrowej waty
Z żałobą za paznokciami

Nienawidzę smutnych koni
Ciągnących leniwie na jarmark
Wozów z babami w koronkach
I rumianych dzieci przed sklepem
Zajadających słodycze

Urodzić się w takim miasteczku
To gorzej niż nie urodzić się wcale
Wyrok życia
Jest tutaj wykonywany
Ze szczególnym okrucieństwem
Tylko nieliczni szczęśliwcy
Mogą oczekiwać
Nadzwyczajnego złagodzenia kary
                       
W małych miasteczkach
Nie ma idealnych zdarzeń
Są tylko realne
Zdarzenia niedoskonałe
Jedzenie
Rozmnażanie
Wzrastanie
I znowu trwanie
Nawet Bóg się wypiera
 Swojego „Niech się stanie”
Gdy patrzy na małe miasteczka
Z kolegami

Ostatnio słyszałem
W małych miasteczkach
Więc pojechałem sprawdzić
Czy to nie kolejne kłamstwo
Szklanookich
Błąkałem się
Pośród woni przemijania
Czas nadrabia zaległości

Małe miasteczka
Umierają pośpiesznie
Umiera zapach jaśminu
I końskiego nawozu
Znikają bezzębni starcy
W szarych kaszkietach
Chude psy nie walczą
  O resztki ze śmietnika
Tylko wino nadal jest tanie
W małych miasteczkach
Kobiety i śpiew

Ale i tak
Nienawidzę małych miasteczek


Dzisiaj
Moja matka

Jak zwykle patrzyła przez okno
Wsparta na poduszce
Świadku
Naszych prywatnych historii


Jednak dzisiaj
Podwórze było puste
Jak nigdy dotąd
Nawet dzieci
Porzuciły swoje zabawki
Zbiegłem po schodach
Mijając płaczącą kobietę
I dziewczynę
Stojącą z nieznajomym
Na ulicy spokój
Tylko dumne chorągwie
Pranie
Wiszące w poprzek
Dalej, portret papieża
Na fabrycznej ścianie
Suche drzewo
I cisza
Czerwonych cegieł
 Pośród umarłych domów
Droga wiodła do przyjaciół
Stojących na rynku ze starociami
Ale i oni zniknęli tajemniczo
Stałem tak samotnie
Na opuszczonym placu
Gdy pojawił się sąsiad
Z kradzionym psem
Powiedział, że wszyscy poszli
Oglądać jakąś świątynię
 Więc my też
Ruszyliśmy w stronę Chrystusa
Prowadzeni radosną wrzawą
I ciekawością
          
Ujrzeliśmy go
Jak błogosławił
Nową stację benzynową 



Nasza ulica
Nasza ulica jest całkiem zwyczajna
Chociaż są tacy
Którzy twierdzą inaczej
Rzeczywiście
Przecież mamy swojego poetę
Zawsze siedzącego na progu
Z papierosem w dłoni
I karcianego oszusta
Sławnego w całej okolicy
(On też nieźle posługuje się nożem)
Mamy łysego kota
I największy bluszcz w mieście
Spinający ściany
Naszych domów
Mamy także swoje drzewo
W rogu kamiennego podwórka
I drugie, przy trzepaku
Gdzie dawno temu
Całowaliśmy się z dziewczynami
(Wtedy jeszcze nosiły warkocze
A niektóre
Ukrywały małe piersi
Pod sukienkami)
Tak, mamy też dzieci
Przyszłość naszej enklawy
I gołębie
Którym łamiemy skrzydła
Nie przez okrucieństwo
Okaleczone łatwiej złapać
Na niedzielny obiad
Jednak w naszych domach
Nie ma już okien
Są tylko symbole nadziei
Na ścianach
W dzień
Odpryski słońca
Wieczorem
Pochód dusz
Wyrzuconych z nieba
Noc
Posępna i naga
Więc zwyczajna czy nie
Ta nasza ulica?


Satori
Dopiero ta jesień
Przyniosła zrozumienie
Widok kropli wody
Na żółtym liściu
Uspokoił
Już bez pośpiechu
Żyłem dalej
Jak obłok
Odbity w wodzie jeziora