Krzysztof Kranicki
 Portret trędowaty

KRZYSZTOF KRANICKI (ur. 1985 w Starogardzie Gdańskim) – skarszewianin, diakon, magister teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II (2010), doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Gdańskiego (2013), autor dwóch tomów poetyckich -
„W drodze do Emaus” (Pelplin 2007) i „Wracając z Emaus” (Kraków 2014) oraz książki naukowej „Poezja doświadczania sacrum” (Gdańsk 2014).

krzysztof.kranicki@gmail.com

WSTĘP
 
            Pisać wierszem można na różne sposoby, ale wypowiadać się lirycznie słowem wiązanym nie każdemu się udaje, ponieważ umie to tylko ten, który radzi sobie dobrze z poezją i wobec tego na miano poety zasługuje. Z liryką kojarzy się nam najczęściej tematyka miłosna. Dlatego niełatwo odbiera się takie poezjowanie, w którym oddana jest psychodrama podmiotu, wywołana jego egzystencjalną sytuacją. I takimi widzę wiersze Krzysztofa Kranickiego.
             Zanim jednak o nich powiem, trzeba jeszcze wiedzieć, że ich autor pełni jako diakon Bożą służbę, i to nie u siebie, ale w dalekim austriackim Grazu. Kiedy się o tym pamięta, można się zastanowić, jak służy to jego poezji. Podobnie warto by wiedzieć, kiedy powstały te wiersze, spisane w tym pierwszym tomiku o tak szczególnym tytule „Wracając z Emaus”. To oczywiście wie najlepiej autor. Podobnie jak to, dlaczego jest właśnie taka a nie inna tematyka tego kolejnego poetyckiego zbiorku i jego biblijny tytuł „Portret trędowaty”. Pamiętając natomiast o tytule pierwszego tomiku - „Wracając z Emaus” - i zestawiając go z obecnym, można powiedzieć słowem tytułu pierwszego i drugiego, że dla zawracających z obranej drogi nieraz zda się być odpowiedni „portret trędowaty”.
             Nie wdając się jednak w biblijne rozważania, trzeba powiedzieć, że jak w pierwszych wierszach wedle ich tytularnej zapowiedzi powinna znaczyć wiele poetyka drogi i wędrówki, tak tutaj najwięcej mamy kontemplacji odczuć podmiotu lirycznego, i to zarówno tych wewnętrznych, jak zewnętrznych; tych co w nim i poza nim. A ponieważ doświadczenie religijne jest autorowi tych wierszy najbliższe, więc w tym kręgu najczęściej wszystko się dzieje. Pamiętając przy tym sytuację, jak to idący do Emaus rozpoznają swego Przewodnika i dotarłszy do celu, zawracają i obierają ostatecznie tę słuszną drogę, wiadomo, że to metaforyka naszego ludzkiego żywota, kiedy to nieraz trzeba wiele się nachodzić, by wreszcie trafić tam, gdzie powinno się dojść. Ile to kosztuje wysiłku i wyrzeczeń, wie się najlepiej samemu.
             I takie jest właśnie to pierwsze liryczne sprawozdanie, zaś następne zda się być tego powrotu z Emaus efektem. Upewniają w tym słowa wiersza „Emaus” z pierwszego tomiku, kiedy to parafrazując ostatnie jego frazy widzi się już inaczej niż przedtem i kiedy można powiedzieć tytułem wiersza następnego „Pan mój i Bóg mój” i wreszcie powiedzieć, że to „dzień już przedostatni”, a wobec tego chcieć „powstawać z martwych”. Bo  jak powie tu w ostatnim słowie ks. Jerzy Szymik, „powrót z Emaus – z ucieczki, z lęku, z krainy rozczarowania – jest naprawdę możliwy”.
             Dlatego tomik następny otwiera wiersz „interpretacja”, od której przecież tak wiele w naszym ziemskim życiu zależy. Chociaż wiadomo, że nie powinno tak być, aby cel uświęcał środki, to jednak najczęściej tak bywa. Jak bowiem się wie, że życie jest ciągłym czekaniem, tak powinno się również wiedzieć, że także „szukaniem siebie”. Kiedy zaś tak niełatwo się człowiekowi na tym świecie odnaleźć, można rzeczywiście widzieć się trędowatym. Tym bardziej dzisiaj, kiedy wokół tyle zła, zawiści i nienawiści, fałszu i zbrodni. I wtenczas ma się wrażenie, jakby cofnął się czas, kiedy to prawo znaczyło śmierć, czego symboliczną ofiarą okazała się „Inka”, o której mówi tutaj dedykowany jej wiersz. Wszak akurat tak się właśnie składa, że kiedy piszę te słowa, natrafiono prawdopodobnie na jej grób i wiadomo wreszcie, kto skazał tę dziewczynę na śmierć i jaka spotkała tego prokuratorskiego mordercę nagroda – pogrzeb z wszelkimi honorami. Jakie czasy, tacy ludzie! Wszak ten świat, który jest zarazem światem poety, „nie lubi prawdy”. Odnosząc to jednak do tragedii wielu „żołnierzy wyklętych” czy zabójstwa ks. Popiełuszki, a tutaj sanitariuszki Łupaszki, której zabójstwa oprawcom nie udało się się okryć milczeniem, trzeba wiedzieć, jak trafnie powie Kranicki, że „śmierć życiem zakwita”.
             To jedna myśl, zapisana w ostatnim wersie tego wiersza, ale w tym zbiorku jest ich więcej, jako że to liryka refleksyjna. Dlatego w następnych skłaniają nas do przemyśleń nie tylko muzyka Szopena, poezja Rafała Wojaczka czy nadgorliwe pisanie Grossa, ale przede wszystkim zadumanie się podmiotu tych lirycznych impresji nad sobą. Oczywiście, nie ma potrzeby, a nawet nie należy tego omawiać, bo cóż zostałoby wtedy odbiorcy, który też powinien się nad tym poetyckim słowem zastanowić i któremu wolno mieć przecież własne zdanie o każdym z tych wierszy. Niemniej warto tu podać chociażby ich resume', które w poezji zawsze zda się wiele znaczyć. Tak bowiem u Kranickiego jest, że często ostatnie słowo jego wierszy budzi szczególne zamyślenie.
             Jeżeli więc, od tego, że „jeśli szukasz siebie/ nie czekaj” wszystko w tym tomiku się zaczyna, to potem mamy m.in. takie powiedzenia, które lepiej oglądem czy przeświadczeniem zwać, jak chociażby, że „ja jeszcze mam chwilę/ powalczę” czy „nie tylko po Auschwitz/ nie da się pisać wierszy”, albo że „śmierci nie ma nie istnieje/ umieranie”, a także „z zabitej miłości poranek” czy „z czarnej mogiły nadzieja” i wręcz aforystyczna jej definicja, że to „okno w sercu”, czy również to, że „z szatanem się nie walczy/ szatana się zwycięża”.
            Kończy zaś tę poetycką wypowiedź, która wprost rymuje mi się tutaj ze spowiedzią, wiersz będący „rozmową (III)”. Poprzedza go biblijne motto o trędowatym, którego siła wiary uzdrowiła, zapowiadając tym samym sytuację bohatera tych wierszy, który niczym ten trędowaty też zanosi ufne prośby do Boga o uzdrowienie, chociaż lepiej w tym miejscu powiedzieć, że o swą własną metamorfozę. Dlaczego i po co to czyni, tłumaczą dwie poprzednie „rozmowy”, w które trzeba się rzeczywiście uważnie wczytać, by nie uronić z nich tego najważniejszego. Zresztą uwagi i zamyślenia nad sobą i światem  wymaga każdy wiersz Kranickiego. Bo słowo jego poezji nie jest jednoznaczne. Zda się być niemal w każdej frazie spójną metaforą, a tej przecież tak bardzo wymaga liryczna refleksja.
Kościerzyna, 20 X 2014
prof. zw. dr hab. Tadeusz LINKNER

 

Portret trędowaty
     
  interpretacja
 
jeśli szukasz w poezji Boga
to Go znajdziesz
jeśli diabła
też cię nie ominie
 
jeśli szukasz miłości
zobaczysz ją w lustrze
jeśli nienawiści
przyjrzyj się uważnie
 
jeśli szukasz poety
odnajdziesz siebie
jeśli szukasz siebie
nie czekaj
  
 
manifest

 bardzo się mnie boisz
szatanie
widzę to
 
zbyt szczelnie chowasz głowę
pomiędzy sekundy
zbyt precyzyjnie kamuflujesz twarz
 
kto rozpozna cię w czasie
zobaczy wieczność
 
ja jeszcze mam chwilę
powalczę
 
 
  portret trędowaty
 
glina światła porywa mój sen
na drugą stronę przebaczenia
nasłuchuję jak lustro boli jak mi płacze
cierpko przez palce
 
w łazience psalmy kropel milkną
za nagością czuwają demony wierności
nie złamie ich burza sekund gradobicie
dniem i nocą i po wieczny dom
 
kolejka po bilet skąd nie ma powrotu
przedział obsikany od nadmiaru płynu
wiem już że poranka nie zabije miłość
jesteś większy i trwalszy niż myśl
 
splot wołań i tęsknot
odrzucone siadają lecz obok
na dyskusje nie mam tarczy walczę sam
na sam widok robi mi się dobrze
nie należą do mnie idę
po żarach wody
 
 
  ręka
 
ręka poety czasem jest aniołem
a czasem demonem
 
kiedy walczę
ze słowem o Słowo
nigdy do końca nie wiem
kto je właśnie przekreślił
kto dopisał kolejne
kto ocalił
 
  
  szkic
 
serce bije w rytmie
średniowiecznych murów
i wielkomiejskich hoteli
 
anonimowo
 
parnie
 
czy dystans narasta
czy zbliża
ostatecznie
 
nie wiem
 
zapytaj pór roku
zapytaj cienia
 
 
  ptaki
 
boję się słów
nie wiem o czym milczą
 
tak często je zabijam
by gromadnie mnie nie zwyciężyły
 
by nie zadziobały
Słowa
 
 
Danusi Siedzikównie
 
kaplicą jest dzisiaj
dzisiaj jest kaplicą
cela w której ciebie
uwolniono
 
historia kwadratem się toczy
 
śmierć jest pokojem
pokojem jest śmierć
twojej i naszej
przemiany
 
ciała z głodu
krwi z pragnienia
czasu z miłości
 
śmierć życiem zakwita
 
 
  muzyka
 
(jest poniedziałek krótko po dziesiątej
ciepły majowy dzień
patrzę przez okno na wieże Grazu
słuchając nokturnu Es dur)
 
nie chcę wygrać
chcę przetrwać miłość
jej czuwanie nad moją samotnością
 
nie chcę wygrać
chcę przetrwać umieranie
wytrwałe rodzenie wieczności
 
nie chcę wygrać
chcę przetrwać to słowo kołysane
podane ciepłą dłonią przez dźwięk
 
mówić o tobie
że byłeś czysty jak łza to zbyt mało
Fryderyku
 

 
  Rafałowi Wojaczkowi
 
nie ma nagość mistrzów równych tobie
w stawianiu serca miarowo
w ożywianiu uśmiercanych dni
 
jak mistyk rozpięta pomiędzy
murzynem Bogiem łotrze pytaj
o raj zapytaj milczenia
 
krzyżowana coraz piękniej
tango
z odpowiedzią się kocha
do wahań
 
potem potem cuchnie krople potu spija
spermy alkoholu
wysysa tampony ich krwi
 
jak szkiełka witraża całuje światło
tak miłość nęci śmierć
 
to z tą
to z tamtą
tańczysz
 
  
niebo
 
wisisz na ścianie mojego serca
jak krew skazany na jego ciemność
i upór
 
nie ma płaszczyzny i ram
nie ma przybicia do prawej czy lewej komory
wisisz niedokończony
jak szkic na marginesie wczorajszej gazety
 
lubię przeglądać się w Tobie jak w rozbitym lustrze
niebezpieczny każdy fragment łatwo się skaleczyć
znam to
ale lepiej patrzeć na ciebie niż gwiazdy
spadające liście bez imienia
 
pod gołym niebem serca jest dobrze
księżycu
wreszcie stać mnie na twój blask
 
miałeś rację
 
 
  świat
 
kiedy mu mówię
nienawiść przemieniona w miłość jest piękna
nie wierzy
 
kiedy mówię
od miłości do nienawiści nie ma powrotu
udaje że nie słyszy
 
kiedy mu mówię
nieszczęście najbardziej boli samotnie
milknie
 
kiedy mówię
samotność to największe nieszczęście
chowa się w tłumie i płacze
głucho
 
mój świat nie lubi prawdy
 

 
epitafium
 
zostawiam po sobie
cień mojego serca
by dawał schronienie
twojemu
 
tylko godziny umarły
przecież żyję
 
 
  manipulant
 
ułożył fotografie
na brązowej paterze
i rzucił zapałkę
 
myślał że to wystarczy
by spalić przeszłość
 
płomyki żółte przeskakiwały
ze zdjęcia na zdjęcie
 
patrzył w hipnozie
na skręcające się w ogniu bohomazy
 
a szatan wciąż ta su
je je
jak
tarota
 

 
  intencja
 
modlę się za wszystkich których skatowała
moja niepełnosprawna miłość
 
już za późno – mówią
 
lecz ja wierzę
demona wyrzucisz spluniesz na powieki
wierzę że przetrwa
że prawdziwa bo zabita zmartwychwstanie
i ocali
dnia trzeciego
 

 
  w kościele

ile wyrządziłyście mi krzywdy
wsadzone na gwoździe wetknięte w lichtarze
zabite nabite na pal

nie
nie łudźcie się
wasza czystość nie ocala tylko dławi

krzywdy wyrządzone krzywdy
mnie i wszystkim niegodnym tej rażącej bieli
niemożliwej samotnej
niczyjej

nie jak wy się spalam
nie jak was mnie trawi

krwią cuchnące serce
milsze dla płomienia
 
 
 
  pewna historia
 
mama nie umiała tak
podawać ręki
i nie goliła się
na twarzy
 
dziadek zabijał świnie
siekierą
gołąbki zabijał
własnoręcznie
 
on cię nie umie
życie
nie dziw się
 
 
  współżycie
 
prawda bywa zdradliwa
zdradza niewinnych
 
wiedzą o tym łzy
wylane za fałszywych proroków
i przyjaciół
 
żaden człowiek nie da ci nowego dnia
żaden ci nie stworzy serca
 
nie ocali
przed tą durną nadzieją
 
 
 
  „Sąsiedzi” Grossa
 
IKaca ukamienowali cegłami
Krawieckiego zakłuli nożami
oczy wydłubali później obcięli
język
 
pogrom wstrzymał ksiądz
powiedział
niemiecka władza sama zrobi porządek
 
II
wszystkich zganić na rynek
po pomnik Lenina
 
Niemcy nie bili
robili zdjęcia
 
potem stodoła ogień i smród
na mojej koszuli
 
III
10 lipca
dzieci związane za nóżki kładzione na widły
rzucane na żarzące się węgle
 
muzyka
 
płonie ognisko i szumią knieje
 
wskrzesza czas
IV
na początku była nafta
osiem litrów
 
kapała z nosa
z ust
z każdego nieba
 
potem trupy
splecione jak korzenie
 
V
nie tylko po Auschwitz
nie da się pisać wierszy
 
 
   
deszcz
 
krew świata przelewa się strumieniami
z życia na życie
 
zdechły z wycieńczenia pies
cały mokry od łez
 
w każdej kropli
inna tajemnica
 
 
  umieranie
 
czekasz na wyrok szpitalna poczekalnia
lekarzowi się nie spieszy pije kawę
drzwi otwarte wchodzisz śmiało jakby w miłość
i już wiesz ile minut potrwa
umieranie
 
dni jak włosy wypadają gęsto płaczesz
z każdą dawką milkniesz coraz spokojniejsza
wolna jestem wolna już nie stawiasz pytań
wiesz to koniec bo czas przeżyć
umieranie
 
jakieś światło tunel anioły demony
gdzie ja jestem myślisz przeszywają igły
wróć nie odchodź tak się kończy radość światła
i zaczyna raz kolejny
umieranie
 
obce ciało żyły cudza skóra
wycieńczona słowem ciszą nie chorobą
wieniec grabarz i dębowa trumna
ludzie płaczą widzą własne
umieranie
 
dzisiaj śnię o tobie a może to nie sen
biegniesz prosto w moją stronę ocalona
jesteś w błędzie jesteś w błędzie przekonujesz
śmierci nie ma nie istnieje
umieranie
                                                         
reinkarnacja [I]
 
z zabitej tęsknoty odraza
z zabitego płaczu dzień
z zabitego deszczu ogień
z zabitego życia serce
z zabitego wiatru słowo
z zabitej miłości poranek
 
 
 
  reinkarnacja [II]
 
z czarnej ziemi czarne stopy
z czarnej sukni czarna łza
z czarnej dłoni czarna czułość
z czarnej twarzy czarny uśmiech
z czarnej mogiły nadzieja
 
 

  missa brevis
 
z klubu wyszłam około szóstej
ubrana w szare spodnie i golf
świtało ptakiem
przedział pusty i dłoń
 
w domu długi prysznic w ciepłej krwi
naga nasypałam łyżeczką
kawę
spomiędzy żeber zadzwonił telefon
 
kiedy podeszłam szukać go w torebce
na posadzkę wypadła pomadka
i różaniec
 
dostałam go od babci
wiesz
na pierwszą komunię
 
w dymie unoszącym się nad filiżanką
zobaczyłam jej twarz
 
zapadła cisza
 
potem był śpiew ludu
 
  
 
dwa serca
 
każde z nich jest inne
ale w każdym ta sama krew
przetacza czas
na drugą stronę
 
 

INRI
 
jestem półchłopcem
jestem półdziewczynką
jestem półczłowiekiem
jestem półulicą
prostytutką pedałem lesbijką
słowem pobity
tatuażem przebity
igłą przeszyty
obsikany obrzygany gnój
 
jestem kimś kto chwyta i ma
włosy różowe oczy zielone
siną twarz
 
jestem napalony oblepiony gwałtem pan
siłą potencji wodzem niechęci brat
kat
znak
 
z tabliczki nad głową czytają
Jezus z Nazaretu
Król Żydowski
 
 
  rachunek sumienia
 
imię czy nazwisko słowo czy cisza noga czy ręka obłok czy słońce krew czy łza deszcz czy tęcza
 
co jest twoim trądem
co ocaleniem
 
żona czy kochanka matka czy ojciec przyjaciel
czy wróg mnich czy ateista ofiara czy kat człowiek
czy Bóg
 
kto jest twoim trądem
kto ocaleniem
 

 
  przyjaźń
 
delikatnie i niespiesznie
stawiam bose stopy na twych sercu
przyjacielu
 
o nie śpij
druhu tej nocy
 
przytul
przytul tego anioła
który uporczywie niszczy ciszę
za twoimi plecami
 
słońce nie umarło
tylko śpi
 
nie bój się
 
 
  
leprozorium
 
jak długo mam tak żyć
niepogodzony ze śmiercią
 
jak długo mam tak umierać
niepogodzony z miłością
 
 
   
czas
 
wskazówka się cofa gwałci cię w kościele
wskazówka się chwieje pełna pustki walczy
wskazówka się zrywa żyje lecz bez życia
jeszcze
 
potrójny portret wyraża się ostrożniej
o tobie niż zwykle mówi
z przekonaniem
czujesz to jesteś
inny
 
gdyby w tym ogrodzie rosły grusze
miałyby zapach płomienia
 
dotknij to co tracisz
czym prędzej
 
światło boli
jak twarz
 
jeśli istnieje lepszy świat
to właśnie o ciebie
 
 
  
 
nadzieja
 
okno w sercu
 
 

ostatni dzień
 
spłowiało szczęście czas wyruszyć w drogę
słowa umilkły serce nie ucichło
dogasa świat
 
wiem
to już ostatnia prosta
bo za zakrętem zobaczę dłoń
na którą nigdy nie jest za późno
 
przestań ranić
oddechu
 
odejdź
 
 
 
  rozmowa [I]
 
Twojego Kościoła pragnę Panie
bez ulic schodów krat i kamieni
na palec czekam co pisze po piasku
daleko za miastem gdzie głos nie dochodzi
tylko cisza żyje
i trąd
 
 
  pytania
 
w co wierzy ten
kto nie wierzy
 
do kogo się modli
gdy się nie modli
 
gdzie szuka
utraconej niewinności
 
 
 
rysunek trędowaty
 
oblepiony garścią czasu nie słucham jak mnie cisza woła karłowata
na tarczy zegara sam ze sobą umiem się
ułożyć
 
czy już żyję czy jeszcze zabity patrzę
wszystko mi jednocześnie
tak przetrwam istnienie
 
skargi groźby cała ich paleta tańczy
na rurze smukłe wyzute bełkoty
nie zabiorą mi serca choćby walc choćby
tango nie ostudzi ptaka kapiącego
z oczu
 
tak
czy żyję czy ufam że to trwa
nie mam chwili na myślenie o szczelinie
stoi przecież w moją stronę wytrwale się cofa
gdy nie umiem ona chwyta już za rękę
 
karbowana biel zwą ją szarość płynie
ze mną kocham ją bo w niej przetrwałem
niech tak będzie niech mnie dalej zaskakuje
swą fakturą rani palce kapią
znacząc powrót
 

 
 
procesja
 
trąd nie jest większy
od Ciebie
 
widzę to
gdy niosąc monstrancję
patrzę na hostię pomiędzy szkłem
hostię stającą się nagle lustrem
bielą samą która mnie porywa do swego wnętrza
która mnie niesie
 
widzę w niej zatopione oczy
i wirujący wokoło świat
 
trąd nie jest większy
od Ciebie
 
ból
nie zabije miłości
 
 
 
  rozmowa [II]
 
urodziłem się w Kościele
w którym innowiercy byli gorsi
a niesakramentalnych głodzono
podczas gdy inni chorowali z przejedzenia
 
od tamtej pory
niewiele się zmieniło
 
dzisiaj (jak co dzień)
proszę wieczną lampkę
by się na mną wstawiła
(nie masz przecież wierniejszej towarzyszki
spędza z Tobą całe noce
i dni)
 
może kiedyś zrozumiem
gdzie wola Twoja
a gdzie nasza
 
może zrozumiem
(chociaż przecież nie muszę)
co to znaczy
że bramy piekieł
nie przemogą
 
 
  
życie
 
na początku
był On
i powiedział
ty
 
na końcu
jesteś ty
i mówisz
On
 
 
Wcielenie
 
Słowo które cię spotyka
 
 
 
  faryzeuszowi
 
niewiara nie jest zarazą
przywleczoną z egzotycznej zagranicy
 
może jest prawdziwsza
od twoich złożonych rąk
 
może bardziej podoba się Bogu
 
(nie piszę tego
by sądzić żywych
i umarłych
 
chcę zapytać
czystych od krwi
dłoni)
 

 
  nawrócenie
 
pierwsi słudzy otrzymali tyle samo
co ostatni
 
łotr i Szaweł nie odprawili
publicznej pokuty
 
cudzołożnej nie zabito
poszła wolna
 
tak Słowo stwarza
na nowo
 
 
  egzorcyzm prosty
 
z szatanem się nie walczy
szatana się zwycięża
 
 
  lepra
 
dosyć mam słów
niezapłodnionych przez niebo
 
zakończenia nerwowe nie reagują na bodźce
 
życie wysysa życie
skóra odpada kawał po kawałku
z oddechu na oddech światło precyzyjnie
dociera do szpiku
 
dosyć mam tego czekania
w korytarzach przetaczania dni
 
dotknij
 
 
  
Wtedy podszedł do Niego trędowaty, upadł na kolana i prosił: "Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić".
Ulitował się, wyciągnął rękę, dotknął go i powiedział:
"Chcę, bądź oczyszczony".
I natychmiast trąd ustąpił.
 
Mk 1, 40-42
 
   
rozmowa (III)
 
  dziś proszę Ojcze o lepienie gliny
nikt oprócz Ciebie nie umie jej dotknąć
ugniataj serce gdy liczy na słowo
żebrom wystarczy wierne przemilczenie
 
o oddech proszę Twój oddech w krwi w płucach
tęsknoty nie studź niech drąży i rani
brudne od życia tak rozmiękczaj palce
by były dłonią która nie chce w zamian
 
stwórz Boże we mnie serce czyste proszę
stare zużyte nie potrafi kochać
trąd jak twój kamień nosi imię ziemi
tak dom powstaje na bezkresne trwanie