OBOK Krajeński Kwartalnik Kulturalny - tomiki




Wśród trzcin
ptasie gniazdo
kołysał wiatr
pachniały mokradła
złociły się kaczeńce

Po jeziornej toni
i zielonej łące
wśrod mgieł świtania
przechadzałeś się Panie

Pozostawiłeś tęsknotę
za bezkresem gwiazd
odbitych w wodzie

(dalej)



mam tak mało czasu
by to wszystko zrozumieć
ogarnąć co wokół

tkwię w sieci uczuć i zależności
jak mucha

czasem po wielkiej bitwie
uda się przedrzeć
na drugi brzeg

gdzie dolina
niczym talerz pełen pomarańczy

ale pora wracać

(dalej)



Na naszym podwórku
od dawna panuje pokój
o czym świadczą powiewające płachty pieluch
wieszają je żony byłych wojowników
męczonych na wszelkie indiańskie sposoby

A jednak do dziś nikt się nie przyznał
chociaż o tamtych łzach pamiętają wszyscy

Deszcz zmywa ze śmietnika
wyblakłe litery naszego ostatniego paktu
o nieagresji i wzajemnym poszanowaniu
oryginał tego dokumentu podpisany krwią
spoczywa w zakopanej butelce
w miejscu którego już nikt nie umie wskazać

Naszym niewolnicom urosły piersi
i coraz trudniej podglądać je w kąpieli
uciekają przed naszym wzrokiem
nie mówiąc już o dobrowolnym
przywiązaniu do drzewa

Jednak kochamy je nadal
chociaż przeszły na stronę bladych twarzy

Na naszym podwórku
od dawna panuje pokój
jednak do dziś przekazujemy sobie
za plecami naszych żon
tajne świetliste znaki
lusterkami z rewersem ukochanych aktorek

(dalej)



Na ostatnie spotkanie
znowu przywiozłem bukiet nadziei

kolejne niedopowiedzenia
leki na bezsilność

z przekonującą pewnością
obiecałem śniadanie wielkanocne

już nie zasiadłaś do stołu
być może jesteś na innej wieczerzy

skrzypią nienaprawione buty ojca
wprowadzi Cię w sad wieczności

niedługo razem
tylko podstarzeją się dzieci
wcześniej wygaszę ich tęsknotę gestem
ból milczeniem

tak  –
jak najmniej słów

(dalej)



Przychodzisz
tajemniczym porankiem
o zielonych oczach
co łasi się leniwą pieszczotą
zmysłowy zapach
wdziera się w rozognione ciało -
spopiela dotyk
Przychodzisz
z orchideą snu
w ramionach

(dalej)



Uczę się wciąż jakbym miał dziesięć lat
oglądam się na wschód słońca i jego zachód
przewodnikiem przyroda

Gdzie pędraki
tam urodzajna ziemia

Gdzie zielsko
tam żywa woda

Gdzie cisza
tam Pan Bóg hałasuje
zostawia niepokój
pod dywanem
i pytania w skrzynce na listy

Kto udzielił odpowiedzi?
Kto jest winien za zło?
Komu ze strachu drżą nogi?
Kto dokłada zło do zła?
Kogo należy lekceważyć?
Komu na ostatnią godzinę
zostawić serdeczny uśmiech?

Pytam się
zanim śniegi zasypią cmentarze
i kopce naszej historii

(dalej)



W standardowym M
brak miejsca dla marzeń

nadzieje siedzą na walizkach
warczy kuchenny robot
podcięte skrzydła zmywają podłogi

twoje oczy wpatrzone w gazetę
zapomniały obudzić kobiecość

okna sąsiadów zaglądają do sypialni

kolejny tryb niedokonany
bawi się naszym życiem

(dalej)

       

Nasza ulica
jest całkiem zwyczajna
Chociaż są tacy
Którzy twierdzą inaczej
Rzeczywiście
Przecież mamy swojego poetę
Zawsze siedzącego na progu
Z papierosem w dłoni
I karcianego oszusta
Sławnego w całej okolicy
(On też nieźle posługuje się nożem)
Mamy łysego kota
I największy bluszcz w mieście
Spinający ściany
Naszych domów
Mamy także swoje drzewo
W rogu kamiennego podwórka
I drugie, przy trzepaku
Gdzie dawno temu
Całowaliśmy się z dziewczynami
(Wtedy jeszcze nosiły warkocze
A niektóre
Ukrywały małe piersi
Pod sukienkami)
Tak, mamy też dzieci
Przyszłość naszej enklawy
I gołębie
Którym łamiemy skrzydła
Nie przez okrucieństwo
Okaleczone łatwiej złapać
Na niedzielny obiad
Jednak w naszych domach
Nie ma już okien
Są tylko symbole nadziei
Na ścianach
W dzień
Odpryski słońca
Wieczorem
Pochód dusz
Wyrzuconych z nieba
Noc
Posępna i naga
Więc zwyczajna czy nie
Ta nasza ulica?
(dalej)



zardzewiała gwiazda
moja śmierć

w puszce po konserwie
zakwitł zielony groszek

zbyt lekko tańczymy

(dalej)