|
OBOK
Krajeński Kwartalnik Kulturalny - tomiki
|
||||||||||||
![]() |
||||||||||||
|
|
||||||||||||
Wśród trzcin ptasie gniazdo kołysał wiatr pachniały mokradła złociły się kaczeńce Po jeziornej toni i zielonej łące wśrod mgieł świtania przechadzałeś się Panie Pozostawiłeś tęsknotę za bezkresem gwiazd odbitych w wodzie (dalej)
mam tak mało czasu by to wszystko zrozumieć ogarnąć co wokół tkwię w sieci uczuć i zależności jak mucha czasem po wielkiej bitwie uda się przedrzeć na drugi brzeg gdzie dolina niczym talerz pełen pomarańczy ale pora wracać (dalej)
Na naszym podwórku od dawna panuje pokój o czym świadczą powiewające płachty pieluch wieszają je żony byłych wojowników męczonych na wszelkie indiańskie sposoby A jednak do dziś nikt się nie przyznał chociaż o tamtych łzach pamiętają wszyscy Deszcz zmywa ze śmietnika wyblakłe litery naszego ostatniego paktu o nieagresji i wzajemnym poszanowaniu oryginał tego dokumentu podpisany krwią spoczywa w zakopanej butelce w miejscu którego już nikt nie umie wskazać Naszym niewolnicom urosły piersi i coraz trudniej podglądać je w kąpieli uciekają przed naszym wzrokiem nie mówiąc już o dobrowolnym przywiązaniu do drzewa Jednak kochamy je nadal chociaż przeszły na stronę bladych twarzy Na naszym podwórku od dawna panuje pokój jednak do dziś przekazujemy sobie za plecami naszych żon tajne świetliste znaki lusterkami z rewersem ukochanych aktorek (dalej) |
Na ostatnie spotkanie znowu przywiozłem bukiet nadziei kolejne niedopowiedzenia leki na bezsilność z przekonującą pewnością obiecałem śniadanie wielkanocne już nie zasiadłaś do stołu być może jesteś na innej wieczerzy skrzypią nienaprawione buty ojca wprowadzi Cię w sad wieczności niedługo razem tylko podstarzeją się dzieci wcześniej wygaszę ich tęsknotę gestem ból milczeniem tak – jak najmniej słów (dalej)
Przychodzisz tajemniczym porankiem o zielonych oczach co łasi się leniwą pieszczotą zmysłowy zapach wdziera się w rozognione ciało - spopiela dotyk Przychodzisz z orchideą snu w ramionach (dalej)
Uczę się wciąż jakbym miał dziesięć lat oglądam się na wschód słońca i jego zachód przewodnikiem przyroda Gdzie pędraki tam urodzajna ziemia Gdzie zielsko tam żywa woda Gdzie cisza tam Pan Bóg hałasuje zostawia niepokój pod dywanem i pytania w skrzynce na listy Kto udzielił odpowiedzi? Kto jest winien za zło? Komu ze strachu drżą nogi? Kto dokłada zło do zła? Kogo należy lekceważyć? Komu na ostatnią godzinę zostawić serdeczny uśmiech? Pytam się zanim śniegi zasypią cmentarze i kopce naszej historii (dalej) |
W standardowym M brak miejsca dla marzeń nadzieje siedzą na walizkach warczy kuchenny robot podcięte skrzydła zmywają podłogi twoje oczy wpatrzone w gazetę zapomniały obudzić kobiecość okna sąsiadów zaglądają do sypialni kolejny tryb niedokonany bawi się naszym życiem (dalej)
Nasza ulica jest całkiem zwyczajna
zardzewiała gwiazda moja śmierć w puszce po konserwie zakwitł zielony groszek zbyt lekko tańczymy (dalej) |
||||||||||