Kamil Rosiński, Sławomir Sieciński - wywiad z Adrianem Zielińskim
„Kocham Polskę – oddycham Polską” - o skutecznym przepisie na to, jak zostać mistrzem, o swoich relacjach  z obecnym i poprzednimi trenerami, o konflikcie z Polskim Związkiem Podnoszenia Ciężarów,  i innych sprawach opowiada mistrz olimpijski z Londynu, złoty i brązowy medalista Mistrzostw Świata w podnoszeniu ciężarów Adrian Zieliński.


W którym momencie na dobre zorientowałeś się, że zdobyłeś złoty medal?
- Szanse na złoto mieli Rosjanin i Irańczyk. Obaj jednak nie wykorzystali okazji i okazało się, zdobyłem złoty medal. Już wcześniej wiedziałem, że mam medal, nie wiedziałem jednak jaki. W pewnym momencie zmagań miałem świadomość, ze jestem trzeci, że mam brązowy medal. Zeszło wtedy ze mnie „ciśnienie”, następnie jednak spadłem na piąte – szóste miejsce i musiałem zawalczyć o wszystko. Zawalczyłem – i udało się.

Jesteś w stanie nazwać emocje, jakie odczuwałeś podczas olimpijskich zmagań ze sztangą?
- Bardzo ciężko to opisać. To naprawdę niesamowite przeżycie. Po wszystkim – na pewno wielka radość, taka nie do opisania. Wspomniałem wcześniej, że jeśli zdobędę medal będę płakał. Okazało się, że moja radość była tak wielka, że nie byłem nawet w stanie wycisnąć jednej łzy. Ogólnie – ciężko wrócić pamięcią do chwil zmagań. Przeżywałem wtedy takie emocje, taki stres, że w ciągu dwóch dób spałem tylko trzy godziny. I nie czułem zmęczenia. Chociaż mój organizm na pewno to odczuł.
 
Podobno w noc po zdobyciu złotego medalu długo nie mogłeś zasnąć. Udało Ci się to dopiero nad ranem.
- Tak, zasnąłem dopiero koło 6 rano, kiedy było już jasno. Długo leżałem na łóżku, myślałem i patrzyłem w sufit. Nie było mowy o świętowaniu, ponieważ mój brat na drugi dzień startował.  Obudziłem się już o 9 rano, czując się tak, jakbym przespał całą noc.

To wtedy na dobre doszło do Ciebie, że jesteś Mistrzem Olimpijskim?
- Nie… to nawet teraz do mnie nie dociera. Może dlatego, że nie miałem dotąd nawet okazji do świętowania tego sukcesu. Mam niewiele czasu. Biorę udział w wielu spotkaniach, udzielam wielu wywiadów, dużo jeżdżę. Gdy to wszystko trochę ucichnie, wyjadę na wakacje – pewnie na przełomie jesieni i zimy. Pamiętam, jak po dwóch dniach od swojego startu szedłem przez wioskę olimpijską, miałem wielką ochotę podnieść ręce i krzyczeć z radości. Dużo ludzi mi gratuluje, ale cały czas nie dociera do mnie fakt zdobycia przeze mnie złotego medalu.

Czym trening w Gruzji różnił się od treningu w Polsce?
-  Niczym. Trenowałem tam tak samo, jak choćby w Mroczy. Wyjeżdżając do Gruzji chciałem postawić na swoim – nic więcej. Będąc w klubie Polska – Londyn 2012 mogłem jeździć wszędzie, a związek nie wyraził na to zgody.

Z czego wynikł konflikt między Tobą, a Polskim Związkiem Podnoszenia Ciężarów?
- Z tego, że mam swoje zdanie i potrafię go bronić. Miałem prawo sam wybrać miejsce, gdzie chcę trenować. O swojej decyzji wyjazdu do Gruzji poinformowałem związek z miesięcznym wyprzedzeniem. Trzykrotnie pisałem do związku uzasadnienie, które ten uznał za mało merytoryczne… Doszedłem do wniosku, że ja decyduję, gdzie i z kim mam trenować. Nic więcej. Mam żal i pretensje do związku, byłem rozżalony i rozgoryczony taką postawą jego władz. Dla mnie sprawa jest zamknięta, chociaż widzę, że ciągle w związku usiłują do tego wracać. Chcę się cieszyć z sukcesu, a nie tłumaczyć z sukcesu przez związkiem.

Prezes PZPC Zygmunt Wasiela zaproponował Ci zwrot kosztów, które poniosłeś z związku z wyjazdem do Gruzji.
- Nie ma szans, żebym przyjął te pieniądze. Ktoś tam rozpuszcza nawet plotki, ze w Gruzji nawet nie byłem. Więc gdzie ja byłem? Po moim powrocie z Gruzji mój trener Śliwiński poinformował związek, że mamy rachunki i rozpisane delegacje, pytając się, czy związek zechce zwrócić mi poniesione koszty. Usłyszał odpowiedź, że w żadnym wypadku i że to był wyjazd na swój koszt. Odczuwam do związku żal, ale wolę cieszyć się z sukcesu, a nie tłumaczyć się z czego przez związkiem – to niedorzeczne. To, co można zdobyć w sporcie, już zdobyłem. I jestem wciąż głodny dalszych sukcesów. I chcę je nadal zdobywać dla Polski.

Miałeś propozycje z Niemiec. Rozważasz zmianę obywatelstwa?
-  Już w 2009 roku dostałem propozycję z Niemiec.  Zmiana obywatelstwa? W żadnym wypadku. Takie propozycje odrzucam bez namysłu. Zdobyłem złoto dla Polski i chcę zdobywać medale dla Polski  dalej. Nie tylko ja otrzymuję takie propozycje – również inny sportowcy. Inne państwa chcą podkupywać sportowców, którzy mają szanse na medale. Informację o tym, że zmieniam obywatelstwo to bzdura, wyrwana z kontekstu mojej wypowiedzi. Nie zamierzam zmieniać narodowych barw. Kocham Polskę, czuje się Polakiem, oddycham polskim powietrzem.

Wiesz już, gdzie będzie przygotowywał się do kolejnej olimpiady?
- Do tego jeszcze dużo czasu, ale na pewno trenować będę w tych ośrodkach, gdzie przygotowywałem się do występu w Londynie. Będę trenować w Chorwacji, w Hiszpanii, może nawet z całą kadrą wyjedziemy do Gruzji. Ważne jest, żeby jeździć do innych krajów i tam wymieniać się doświadczeniem, podpatrywać różne metody treningu. Do siebie zapraszają nas także Rosjanie. I nie mam zamiaru tłumaczyć się przed związkiem z wyjazdu do Gruzji – to była trafna decyzja.

Nie masz wrażenia, że związki sportowe w Polsce są takim reliktem minionego systemu?
- Tak właśnie jest. Takie wrażenie można odnosić. Żyjemy w demokracji, nie powinno być tak, że ktoś narzuca sportowcom swoje widzimisię. Jestem wolnym człowiekiem, nic nie muszę – ale mogę. Prawo do swoich decyzji jest dla mnie bardzo ważne. Czasy, w których ktoś narzuca innym swoje nawet absurdalne zdanie, już minęły.
 
Jak byś określił swoje relacje ze swoim byłym trenerem Ireneuszem Chełmowskim?
- To dla mnie ciężkie. Kochałem go. Powiedzieć, że był dla mnie przyjacielem – to mało. To on wprowadził mnie na właściwe tory, pokazał, jaką ścieżką mam podążać. Ciężko mi o tym mówić, bo byłem z nim bardzo silnie związany. Staram się nie rozmawiać na ten temat… Jego stratę przeżyłem tak głęboko, że dopiero podniosłem się z niej dopiero na wiosnę tego roku. Bardzo przeżywałem jego odejście. I przeżywam nadal. Cały czas jest – i będzie zawsze – w mojej pamięci. Wolę nie rozmawiać na ten temat, aby nie wpaść znów w jakiś bardzo zły nastrój.

Jak wyglądają relacje z Twoim obecnym trenerem – Jerzym Śliwińskim?
- Musieliśmy się wzajemnie „dotrzeć”. Wiadomo, że nie można poznać człowieka z ciągu miesiąca, dwóch.  „Dogadaliśmy się” w sumie dopiero w tym roku. Jerzy jest dojrzałym człowiekiem, ja jestem jeszcze młody, więc wiadomo, że obdarzeni jesteśmy różnymi temperamentami. On ma swoje zdanie, ja swoje, ale w sumie się wszystko dobrze się tu układa. Dowodem są moje medale – brązowy z zeszłorocznych mistrzostw świat i olimpijski złoty. Zawodnicy dyscyplin indywidualnych maja bardzo mocne charaktery – i muszą takie mieć, aby coś osiągnąć. Dlatego nie zawsze łatwo z nimi współpracować. Dobry trener służy im dobrą radą, musi pamiętać jednak o tym, aby zostawić im odpowiednią ilość wolności. Trener musi umieć prowadzić swojego zawodnika.

Sukces zawodnika to poświęcenie wielu osób. Dobry trener jest bardzo ważny dla zawodnika?
- Oczywiście. W trakcie przygotowań do igrzysk posiadanie przez zawodnika dobrego trenera decyduje o wszystkim. W trakcie przygotowań zerwałem kontakty ze znajomymi, na pewien czas zawiesiłem swoje studia. Najważniejsze dla mnie było właśnie przygotowanie do igrzysk. Tak samo musiałem umieć uporać się z problemami osobistymi. W tym bardzo pomogła mi moja dziewczyna oraz inne bliskie mi osoby – rodzice, brat. Sukces olimpijski to efekt pracy, efekt poświęcenia wielu ludzi, nie tylko zawodnika, który go odniósł.

Jesteś studentem bydgoskiej WSG?
- Tak. We wrześniu mam zamiar bronić pracy licencjackiej. Muszę pozaliczać jeszcze parę przedmiotów. Jeśli coś mam do zrobienia to robię to. Przykładam się, jestem sumienny. W szkole średniej miałem stypendium, obecnie mam stypendium ministra szkolnictwa wyższego – przyznane za osiągnięcia sportowe. Można pogodzić uprawianie sportu z nauką. Dla chcącego nic trudnego. A po zakończeniu kariery sportowej też trzeba coś robić, a nie wspominać tylko minione sukcesy. Trzeba coś robić, na tym polega życie.

  Jak odnajdujesz się w medialnym szumie, który powstał wokół Ciebie?
- Daję radę. Jest to oczywiście męczące, trzeba udzielać odpowiedzi na wiele pytań, występować w mediach. Przez przygotowaniem to kolejnego występu na pewno bardzo ograniczę swoje kontakty z mediami, bo tego wymaga cykl treningowy. Ludzie rozpoznają mnie na ulicy- to cieszy.

Jaką radę dasz tym osobom, które także chcą osiągać sukcesy w sporcie?
- Niech za wszelką cenę dążą do celu. Niech realizuję swoje plany i swoje marzenia. Nawet wtedy, gdy ich realizacja wydaje się mało realna. Trzeba być bardzo upartym, bardzo konsekwentnym – jeśli chce się cos osiągnąć.

Pojawiła się opinia, że dzięki swojej charyzmie, gdybyś chciał, mógłbyś zostać jednym z najbardziej rozpoznawalnych celebrytów w Polsce.
- To ciekawe, pierwszy raz spotykam się z taką opinią, ale jestem sportowcem. Moim głównym celem w życiu są jak najlepsze wyniki sportowe.  

Wiążesz na stałe swoją przyszłość z mroteckim „Tarpanem”?
- Jestem zawodnikiem „Tarpana”. Jego władze z pewnością będą robić wszystko, żeby tak pozostało. Nie otrzymuję propozycji z innych klubów, bo te dobrze wiedza, że je odrzucę. Na dzień dzisiejszy nie zamierzam niczego zmieniać. 

Jakie wrażenie wywarło na Tobie przywitanie Twoje i Twojego brata przez mieszkańców Mroczy?
- Wiem, że mój występ oglądał bardzo wysoki odsetek mieszkańców Mroczy. Jeśli chodzi o samo przywitanie, to do końca było ono dla mnie niespodzianką. Nie miałem pojęcia, jak będzie wyglądać. Przeżycie bardzo fajne, niesamowite. Wydaje mi się, że takiego przywitania po powrocie do rodzinnej miejscowości nie miał żaden z olimpijczyków. Bardzo dziękuję mieszkańców Mroczy za okazane mi wsparcie.
 
Jak oceniasz występ swojego brata?
- Przez ostatnie dwa lata jego kolano było poddawane kilku zabiegom – uważam, że wypadł bardzo dobrze. Tomek ma wielki potencjał. Gdyby nie kontuzje, osiągane przez niego wyniki mogłyby być niesamowite. Jest bardzo młody i wszystko przed nim. W tym roku miał problemy zdrowotne, bez nich jego występ z pewnością byłby lepszy. Jeśli pojedzie z formą na następne igrzyska, może osiągnąć wynik bliski rekordu świata.

Zawalczysz o złoto także w przyszłorocznych mistrzostwach świata w Warszawie?
- Takie mam ambicje. Jeśli zdrowie będzie dopisywało, poradzę sobie. Mój brat Tomek także zawalczy o medal w Warszawie.

 Olimpijski sukces p
owtórzysz w Rio de Janerio?
- Ciężko powiedzieć. Na taki temat można wypowiadać się rok przed olimpiadą. Wtedy będę wiedzieć, na jakim poziomie są nasi rywale i na jakim jestem ja. Póki co – uważam, że Tomek i ja wrócimy z następnych igrzysk z medalami.
 
Jakie łączą Cię relacje z Dominikiem Mikołajczykiem, Twoim pierwszym trenerem?
- Wykonał dobrze swoją pracę, dostrzegł nas wśród innych dzieci. Później prowadzili nas Ireneusz Chełmowski i Jerzy Śliwiński. Dominik specjalizuje się w szkoleniu młodszych zawodników, w szkoleniu dzieci. I doskonale mu to wychodzi. Dominik jest trenerem, który wyłania talenty i szkoli zawodnika przez pierwszy etap jego kariery. Prawdziwe sukcesy odniosłem z następnymi trenerami, ale relacje moje i Dominika uważam za dobre. 

Kiedy w wieku sześciu lat zaczynałeś trening, chciałeś już wtedy zostać mistrzem?
- Dopiero w wieku szesnastu zdecydowałem, że naprawdę poświęcę się karierze sportowej. Wcześniej podnoszenie ciężarów traktowałem jako przygodę, jak zabawę. Sukcesy pojawiały się stopniowo. Impulsem dla mnie były występy w zawodach o randze międzynarodowej.

Masz świadomość, że sprawiłeś, że Mrocza „ulokowała się” w świadomości ludzi całego kraju?
- Tak i bardzo mnie to cieszy. Zawsze podkreślałem, że jestem z Mroczy – nigdy nie mówiłem, że pochodzę „spod Bydgoszczy”. Nigdy nie wstydziłem się tego, że pochodzę z małej miejscowości. Na odwrót. W większym mieście byłbym anonimowy, a tutaj wszyscy naprawdę cieszą się z mojego sukcesu, czuję bardzo mocno wsparcie reszty mieszkańców. Bardzo to doceniam. Być może, gdybym mieszkał w większym mieście, nie czułbym takiej potrzebny ciężkiej pracy.

Sukcesy „Tarpana” – co w ogromnym stopniu jest Twoją zasługą – są oszałamiające.
- Tak, ale trzeba pamiętać, że jest więcej takich klubów, które kiedyś miały bardzo silnych zawodników, a obecnie wiele się w nich nie dzieje. Oby to się nigdy nie przytrafiło „Tarpanowi”.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
- Może opowiem o planach na ten rok. Będę dbać o zdrowie w Spale, zamierzam wyjechać do jednego z ciepłych krajów i zafundować sobie odpoczynek. Na pewno wezmę udział w mistrzostwach świata w Warszawie. Przede mną więc ciężka praca.


Ze złoty medalistą Igrzysk Olimpijskich Adrianem Zielińskim rozmawiali Kamil Rosiński, Sławomir Sieciński.