Kamil Rosiński
Wywiad z Pawłem Szydłem - poetą, organizatorem "Poboczy"


Z prądem płyną tylko śmieci

W jakich warunkach kształtował się Pan jako poeta?
- Gdy debiutowałem, byłem jeszcze maturzystą. W Polsce trwały przemiany sierpniowe. W roku mojej matury wybuchł stan wojenny. Byliśmy dojrzewającymi i nieco zbuntowanymi młodymi ludźmi. Angażowaliśmy się  w działalność opozycyjną. W Więcborku istniał, o czym mało kto wie, pierwszy artystyczny zespół „Solidarności”. Kilka dni po 13 grudniu mieliśmy wystąpić w Stoczni Gdańskiej. Więc w jakiś sposób, tak jak to potrafiliśmy, angażowaliśmy się w walkę z ówczesną władzą. Wypisywaliśmy antykomunistyczne hasła na murach, działaliśmy w kościołach…

W jakim stopniu kontekst polityczny tamtych czasów zaważył na Pańskiej twórczości?
- Zaważył – i to bardzo. Po wprowadzeniu stanu wojennego jako młody twórca  wycofałem się na emigrację wewnętrzną. Do początku lat 90. nie publikowałem w oficjalnym obiegu. Uważałem, że tak jest słusznie. Nie wszyscy byli tego samego zdania. Niektórzy nawet skorzystali na tamtej sytuacji. „Nowy” Związek Literatów Polskich został powołany do życia przez Wojskową Radę Ocalenia Narodowego. Nie zapisywali  się do niego twórcy z kręgosłupem moralnym. Dopiero po przemianach 89 roku powstał drugi związek, do którego zapisali się ci najwybitniejsi.

Rola poety od lat 80., jeśli można o takiej mówić, uległa zmianom?
- Są tacy którzy uważają, że poezja nie służy niczemu. Mówi się o konstruowaniu i dekonstruowaniu świata. Ja należę do tej grupy, która uważa, że poezja musi nieść z sobą jakieś wartości. Za Herbertem można powtórzyć, że należy płynąć pod prąd. Z prądem płyną tylko śmieci.

Zajmuje się Pan także zagadnieniami teoretycznoliterackimi.
 - Pisałem niegdyś pracę o prawdzie i fikcji. Interesowało mnie, czy literatura ma charakter mimetyczny. Współcześni badacze przeważnie odrzucają tezę Arystotelesa o mimetyczności, czyli o tym, że literatura odzwierciedla rzeczywistość. To nieporozumienie. W moim rozumieniu literatura odzwierciedla rzeczywistość, nie jak lustro, ale czyni to na wyższym poziomie. Takim, na którym czyni to filozofia. Daje więc prawdę nie jednostkową, lecz uogólnioną.  To skomplikowane zagadnienie i aby je poważnie przedstawić, potrzebna jest długa rozprawa, nie wywiad.

Czyli nie zgodziłby się pan z tezą, że powieść jest zwierciadłem przechodzącym się po gościńcu?
- Nie. Z taką tezą nie. Tym niemniej literatura ma za zadanie odzwierciedlać rzeczywistość. Jeśli mówimy  np. zdanie ogólne, że „z prądem płyną tylko śmieci”, to oczywiście jest to prawda nie tylko w świecie fikcyjnym. Profesor Kridl posunął się do twierdzenia, że literatura nie mówi żadnej prawdy, bo przecież żadnego dworu w Soplicowie nie było, ale nie zauważył, że takie właśnie dworki jak ten opisany przez Mickiewicza istniały wtedy w całej Polsce. Mickiewicz nie opisywał konkretnego dworku.  Pokazał, jak wyglądało życie w dworku szlacheckim na Litwie na przełomie XVII i XIX wieku. Są takie prawy, których nie warto obalać. Ingarden wcale tak skrajnie nie odrzucał tezy o mimetyczności literatury, to zrobili jego późniejsi interpretatorzy, którzy nie do końca rozumieli Ingardena.
 
Jak skwitowałby Pan fakt, ze obecnie nie czyta się masowo poezji?
- Nie wiem, czy tak jest. Miałem ostatnio spotkanie autorskie w Bydgoszczy, w Galerii Autorskiej. To zasłużona, chociaż niedoceniana przez oficjalne czynniki instytucja. Sala była pełna. Ludzie stali na schodach. I słuchali. Myślę,  że niektórzy nie zdają sobie sprawy, że poezja jest im potrzebna, może ginie to gdzieś w procesie edukacji, podczas której uczniowie są zanudzani klasykami. W ramach  „Poboczy”  idziemy do szkół i uczniowie nas słuchają. Rozmawiają. Przychodzą i zadają rozsądne pytania. Nie jestem przekonany, że poezja się nie sprzedaje. Przeszkodą jest to, że dzisiaj trudno mieć rozeznanie we współczesnej literaturze. Jest tyle ciekawych zjawisk literackich, że trudno je wszystkie ogarnąć. Brakuje także ośrodka czy autorytetu, który pomógłby rozeznać się we współczesnym życiu literackim.

Może to efekt postmodernistycznego rozbicia?
- Nie ma centrum, centrum się rozpadło. Ale czy to jest postmodernistyczne? Może to dobrze, że nie ma tego centrum. Kiedyś napisałem, że centrum jest tam, gdzie coś sie dzieje. Raz centrum jest w Warszawie, raz we Wrocławiu, innym razem w Więcborku.

Centrum to ruch, centrum to aktywność?
- Tak, musi się coś ważnego wydarzać abyśmy mogli mówić o centrum.

Jacy twórcy są dla Pana inspiracją?
- W młodości byli to poeci zbuntowani, jak np. Wojaczek czy Bruno Milczewski. Później, niesłusznie dzisiaj zapomniany, Iwaszkiewicz. Miłosz - z pewnością. Miłosz czy Różewicz… to  dylemat. Wybieram jednak Miłosza.

Dlaczego właśnie oni?
- Miłosz,  przede wszystkim,  za  jego zakorzenienie w „małej ojczyźnie…
 
Czyli „obywatel świata” to pojęcie puste,  sztuczne?
- Moim zdaniem, tak. To dość proste. Każdemu człowiekowi najbliższa jest rodzina, dopiero później własne podwórko, miasteczko czy wieś, jeszcze później możemy pokochać region, a potem cały kraj. Co mnie pociągało kiedyś u Wojaczka? Dzisiaj już tego nie rozumiem. U Bruna – bezdroże, polska prowincja, Polska twardych charakterów, ludzi z kręgosłupem. U Iwaszkiewicza doceniam kunszt artystyczny. To mistrz słowa, którego można równać tylko z  Gałczyńskim.

Kogo Pan ceni z prozaików?
-  Uwielbiam nurt chłopski, powieści takie jak „Konopielka”, „Awans”, zbiór opowiadań „Listy z rabarbaru”... Cenię  Myśliwskiego, Piętaka, Tadeusza Nowaka, który przede wszystkim był poetą.

W jakim kierunku szła Państwa twórczość po wyjściu z emigracji wewnętrznej?
- Po roku 90. nastąpił gwałtowny rozkwit życia literackiego. Powstawały nowe czasopisma literackie, ukazywały się ciekawe książki. Wiele wówczas publikowałem z tego, co napisałem w poprzedniej dekadzie. W końcu poczuliśmy, że mamy w sobie tyle siły by wydawać swoje własne pismo. Od początku było nakierowane na wydawanie twórczości spoza głównego nurtu. Dlatego nazwaliśmy je Pobocza. Z czasem nawiązaliśmy współpracę z twórcami czeskimi i słowackimi. Okazało się, że mamy sobie dużo do powiedzenia w postkomunistycznej Europie. W kolejnych latach współpracowaliśmy już ze środowiskami literackim w całej Środkowej, Wschodniej i Południowej Europie. Nasza prowincja bardzo się rozrosła.
Samodzielnie wydałem wówczas tomik „Niebo nie dla nieobecnego”, który został dobrze przyjęty przez czytelników i krytykę.

Podobnie jak u Andrzeja Stasiuka…
- To mniej więcej ten sam kierunek. Często mi zadają pytanie o związki ze Stasiukiem, a my  się nie znamy, działamy niezależnie od siebie. Mamy jednak kontakt z wydawnictwem „Czarne”. Drugi mój tomik był próbą rozliczenia się z przeszłością i ożywienia naszego prowincjonalnego świata, pełnego wyrazistych charakterów. Myślę, że to się udało. Kolejna moja książka ma innych charakter. Nie wiadomo, dokąd mnie to zaprowadzi. Poezja to zmaganie się, walka z materią języka, z treścią wiersza. Ostatnie moje wiersze wskazują na wyższy poziom uogólniania. Nie jestem zwolennikiem tego, żeby interpretować swoje własne teksy, nie mam też zaufania do krytyków, którzy często powtarzają utarte poglądy. Jest jednak  kilku krytyków, którym ufam.

Można powiedzieć, że twórca ma pewne powody do narzekań na krytykę?
- Osobiście takich nie mam, wręcz przeciwnie. Ważniejszy jest jednak odbiór czytelniczy, nie ma potrzebny sugerować się tym, co powiedzą inni, bo nie musi to być to prawdą.

Jak pan skomentuje fakt, że kultura w obecnych realiach społeczno – politycznych spychana jest na margines?
- Kongresy kultury są kosztowne i niewiele wnoszą. Ludzie na spotkaniach w ramach „Poboczy” stoją na schodach, tak wielkie nasza inicjatywa budzi zainteresowanie. „Pobocza” organizowane były od 8 lat, co roku miały świetne recenzje, cała literacka i artystyczna Polska o tym mówiła, a tu nagle przychodzi rok, w którym brakuje na nie pieniędzy. Niedawno, w Bydgoszczy, 55–lecie swojej twórczości  obchodził znany malarz Jerzy Puciata. Byli zaproszenie przedstawiciele władz samorządowych, a żaden z nich na nich się nie zjawił.  Przysłali  tylko pisma… Blisko 90-letni twórca tak został „doceniony”.  Zasłużona dla bydgoskiej kultury Galeria Autorska miała użyczony od miasta skromny lokal, później się okazało, że musiała za niego zapłacić, więc galerię trzeba było „eksmitować”. I przeniosła się z powrotem do piwnicy…

 Czy prowincja jest swoistą „wylęgarnią” twórców?
- Wszystkie wielkie rzeki przepływają z prowincji, jak powiedział pewien południowoamerykański pisarz.  Żeby daleko nie szukać, nasi najwięksi także pochodzili z prowincji.
 
Co takiego  jest w prowincji?
- To, że jest nasza. Chodzi o osadzenie we własnym świecie. Dzisiaj obserwuję odwrót od idei „małych ojczyzn”. Cierpi na tym także nasz region. Najlepszym przykładem strat, jakie ponosimy, jest wspominany już festiwal Pobocza. Na skutek błędnej polityki kulturalnej państwa tracimy jedno z niewielu wydarzeń, którym mogliśmy się poszczycić, jako naszym wkładem do kultury.

Rozmawiał Kamil Rosiński