Robert Sznajder 
Na księżym młynie – opowieść wigilijna  

I
Wybiła właśnie osiemnasta, stary poczciwy zegar rozniósł ją po całym mieszkaniu. Stał przy oknie i wpatrywał się w biały lekki puch otulający ogród pośrodku podwórza. Drzewa, ławki oraz alejki mocno otulone snem zimowym jeszcze pamiętały jego ślady. Na jego oświetlonej lampionami choinki twarzy pojawiło się wspomnienie. – To już trzydzieści lat minęło, kiedy ostatni raz patrzyłem przez to okno - pomyślał – I oto znowu ja Jan Kiliński jestem tu, na starych śmieciach.- Wprawdzie mieszkanie obecne, jakie posiada zajmuje cztery „stare”, ale jest u siebie na Księżym Młynie. To tutaj poznał smak przyjaźni i gorycz cierpienia zdartego kolana. Tak to on, teraz dumnie się prężący pan z pięćdziesiątką na karku, szpakowatymi włosami, pociągłą, smukłą twarzą przyozdobioną w skrzętnie przystrzyżony zarost był tutaj „prezesikiem” i mózgiem całej ferajny: on, Antek, Tadzik, Boryna, Jadzia. W takie wieczory było czuć w całej kamienicy zapachy zupy grzybowej, kompotu z suszu, pieczonych ryb i innych specjałów, a oni nie mogli się doczekać pierwszej gwiazdki i wspólnego łamania się opłatkiem i spaceru na pasterkę. Wirujący za oknem śnieg coraz bardziej oczarowywał wspomnieniami z lat młodzieńczych, - ciekawe co się teraz z nimi dzieje- pomyślał. Głos dzwonka wyrwał go z tej fali wspomnień. Delikatnie naciskając pilota otworzył drzwi, przez które do pokoju wszedł młody energiczny człowiek.
- Dzień dobry Panie Prezesie. – powiedział – Jak podróż?
 - Dobrze – odpowiedział Jan nie przerywając obserwacji roztańczonego puchu - jakie macie dla mnie wiadomości?
- W sumie dobre, bo cała „inwestycja” jest już zamknięta zgodnie z projektem, tylko mamy problem z osobą lub osobami, które to będą kontrolować.
- Jak to, przecież ten problem miał być rozwiązany pół roku temu. I nic?
- Niestety na razie sprawa utkwiła w martwym punkcie, może zaraz po nowym roku uda się ją rozwiązać.
- Po nowym roku? W styczniu rusza sprzedaż, a ja nie mam osób, które będą nadzorowywały prawidłowe funkcjonowanie projektu. Na jutro szczegółowy raport, na dziesiątą rano.
- Ale Panie Prezesie, jutro jest Boże Narodzenie.
- No to co, a jak tam wieści na wschodzie.
- Od godziny trzynastej nie mamy żadnych wiadomości.
- Co? Od ponad pięciu godzin nie macie wiadomości i nic – tak spokojnie mi to mówisz? Ile lat już dla mnie pracujesz dwa, trzy?
- Osiem.
- No właśnie i nic się nie nauczyliście. A właściwie jak masz na imię?
- Tomasz.
- Tomasz- powtórzył przeciągajaco- zawsze chciał, aby jego syn tak się nazywał- No właśnie panie Tomaszu, sam pan wie, że w dzisiejszych czasach to o fortunie mogą decydować minuty, a nawet sekundy. Czy ja pana źle traktuję, a może jestem niewyrozumiały dla pana? A ile ma pan lat?
- Trzydzieści.
- Ja w pana wieku już posiadałem ponad dwa miliony na koncie, ale sam wszystko kontrolowałem, sprawdzałem i nadzorowywałem, nie miałem wolnych sobót ani niedziel, ale się dorobiłem tego wszystkiego ciężką pracą. Ale wy młodzi potraficie tylko narzekać i „stwarzać sobie problemy”, czy coś jeszcze?
- Zakupy porobione zgodnie z zaleceniami, lodówka pełna, barek też, na dwudziestą firma przywiezie kolację zgodnie z menu. Na komodzie, ławie i w kuchni są telefony do firm kateringowych, które będzie miał Pan prezes do dyspozycji, gdyby chciał zjeść coś ciepłego i nie tylko jutro.
- Dobrze. A jak tam „raport kwartalny i roczny’?
- Już mam wszystkie dane i wezmę się za niego po świętach.
- „Wezmę się” co to znaczy, nie rozumiem, jak pan się spóźni z raportami drogi panie Tomaszu, to będę musiał panu potrącić z premii rocznej, rozumiemy się, prawda? Czy coś jeszcze?
 - W związku z tym, że dzisiaj jest wigilia, czy mógłbym Panie Prezesie wyjść wpół do siódmej, bo muszę mamę odebrać z dworca. Przyjechała do mnie na Święta
- I znowu „jakiś problem”, a niech i tak będzie, tylko niech pan nie zapomni o swoich obowiązkach. I niech pan już idzie.
- Dobrze. – młodzieniec skinął głową i spiesznym krokiem opuścił pokój.
Dopiero teraz Jan się odwrócił od okna i spokojnie podszedł do barku, który błyskawicznie otworzył. – Jest. – powiedział na widok półlitrówki żytniej, która jak by „zamykała” jego wspomnienia przed wyjazdem na zachód.

II

- Gdzie? - usłyszał nagle Jan z ciemnej bramy, gdy chciał przecisnąć się między płotem a murem kamienicy przy Częstochowskiej
- Jak to gdzie? - odpowiedział zadziornie – na pasterkę do Kościoła Św. Anny.
- Tymi skrótami to już nikt nie chodzi – powiedział glos wyłaniającej się z bramy sylwetki – bo ich nie znają. A ty skąd idziesz?
- Z Księżego Młyna przez ogrody, Przędzalnianą, ścieżką wśród trzcin, przez zdejmowany płot do milionowej, przez kamienice i podwórka aż tutaj – powiedział Jan prawie jednym ciągiem.
- No nieźle, toś ty swojak. A skąd ty taką drogę znasz, mieszkałeś tu?
- Tak, w famułach obok szkoły na Księżym Młynie. – nieco spokojniej dodał.
- Taaak, ja też. Ale teraz nie ma czasu na gadanie, bo „stary” proboszcz zaczyna punktualnie i szkoda stracić choć słowo z tych jego kazań. Tylko teraz pójdziemy moją drogą.- powiedział nieznajomy i ruszył dziarsko.
 Gdy doszli do wylotu starego kanału burzowego, przystanęli.
- Teraz „przeżyjesz” najwspanialszą pasterkę na świecie. – powiedział nieznajomy i zniknął w wylocie kanału. Dobrze musiał go znać, bo za chwilę światła lamp naftowych oświetlały cały korytarz. Po kilku minutach marszu doszli do „sali” pod kościołem. Korytarz kanału jak i sama sala nie dość, że były wysokie na ponad pięć metrów, to jeszcze wzdłuż nich biegł chodnik chroniący „turystów” przed wodą. Podobno, te podziemia wybudowali sami mnichowie chcący uchronić się przed najeźdźcami. W tym miejscu zbiegały się tutaj także inne kanały, ale dokąd prowadziły nikt nie sprawdzał. Odgłosy z kaplicy dochodziły do „salki” przez szpary w podłodze, a korytarze porywały je i ze zdwojonym echem „wyrzucały” z siebie. Robiło się takie wrażenie, jakby nie jeden ksiądz prowadził mszę, ale kilkunastu i to w różnych miejscach. Dzięki temu efektowi słowo Boże nie tylko docierało do słuchających, ale przenikało najmniejszy włos na skórze. Zaczęła się msza, głos tego samego księdza (który tak dobrze pamiętał ożywił wspomnienia sprzed trzydziestu lat. Nawet w pewnym momencie „poczuł” uścisk Jadzi, tak mu jej brakowało przez te wszystkie lata. Gdy na górze ucichło odwrócił się w kierunku wyjścia i jeszcze raz przeciągnął dziękczynnie wzrokiem po łukach kanału.
- A wiesz, że to ja wieszałem te lampy naftowe na ścianach i to ponad trzydzieści lat temu. – powiedział nieznajomy przy wyjściu z kanału.
- Nie, to ja wieszałem siedząc na „barana” u Tadzika. – powiedział spokojnie Jan.
Nieznajomy gwałtownie się odwrócił i stanął jak wryty.
- „Prezesik” znaczy się Janek Kiliński?- zapytał.
- Tak. – odpowiedział nieufnie- A ty kto?
- Jak to kto, Tadzik. – i uśmiechnięty barczysty facet rzucił się na niego do ściskania
Na początku nie mógł w to uwierzyć, ale im dłużej radosny śmiech drążył jego uszy tym mocniej ta wiadomość do niego docierała. Gwałtownie odepchnął go i wyzwolił się z jego uścisku.
- Zaraz, znaczy się ty jesteś Tadzik?- zapytał z niedowierzaniem.
- Noo- usłyszał radosną odpowiedź.
- Ale Tadzik był najokrąglejszy na całej ulicy, nawet księżyc w pełni nie mógł się z nim równać.
- Tak, ale trochę wyrosłem, no i parę lat minęło- odpowiedział radośnie klepiąc się po brzuchu – Ale ty też się „troszeczkę” zmieniłeś i już nie masz poszarpanych spodni.
- Rzeczywiście- uśmiechnął się Janek i rzucił się w ramiona przyjaciela. – Wiesz Tadziu, zapraszam Cię do siebie, musimy pogadać jak Polak z Polakiem, mamy trochę zaległości. I nie czekając na odpowiedź ruszył w stronę domu „ciągnąc” przyjaciela. Po kwadransie byli już na miejscu.
- Nie wierzę – rzekł Tadzik – To przecież nasza kamienica, a tutaj dokładnie było twoje mieszkanie, a moje tam, a Antka i Jadzi na górze. –wymachując rękami jak wytrawny policjant na skrzyżowaniu, z zachwytem pokazywał każdy zakamarek.
- Prawda, ale lepiej opowiadaj co u Ciebie, tak się za wami stęskniłem. – to mówiąc Janek wyjął z barku butelkę żytniej, z lodówki pęto kiełbasy i ogórki kiszone, i postawił na ławie przed kumplem. – No, mów proszę. – ponaglał.
-  A więc- powiedział odkręcając butelkę- moja żona zmarła trzy lata temu, mieszkam z matką na Częstochowskiej, mam dwie wspaniałe córki Annę i Marię, po wypadku w pracy od dwóch lat jestem na rencie.
- Jak ty sobie dajesz radę?
- Jakoś wiążę koniec z końcem, zbieram puszki i złom i jakoś to jest.
- Mów co z resztą, masz z nimi jakiś kontakt?
- Antek z Boryną się pobrali, mieszkają na Milionowej, mają trójkę dzieci, ona nigdzie nie pracuje i nie pracowała, a jego pół roku temu zwolnili w ramach „restrukturyzacji zakładu” do tej pory nie znalazł pracy. Wiesz – powiedział wychylając kolejny kieliszek- coraz gorzej z nimi, mimo że on to przecież „złoty chłopak ze złotymi rękami” do wszystkiego się nadaje, tylko ma pecha i nic nie może znaleźć.
- Masz może z nimi jakiś kontakt?
- Tak, daj kartkę to dam ci numer telefonu. A z Jadzią nie mam żadnego kontaktu. Trzy miesiące po twoim zniknięciu wyjechała z rodziną na wieś i już nigdy się tu nie pokazała. I to by była cała „nasza historia”, no prawie cała, bo na razie ty nic o sobie nie mówiłeś.
- Tu jest kartka, a od czego mam zacząć. – powiedział.
- Może od rodziny, ile masz dzieci, no i wszystko po kolei- powiedział Tadzik kreśląc numer telefonu.
-Tak … . Trudno się przyznać, ale nie mam rodziny oprócz was, przynajmniej jej do tej pory nie założyłem i o dzieciach mi nic nie wiadomo.
- A tak może od początku, co się z tobą działo i po co to był ten cały wyjazd.- wrzucił Tadzik przewracając kartkę i coś tam smarując.
- W tamtą wigilię przed trzydziestu laty przyszedłem tu z Jadzią, mnie było coraz ciężej, przecież moi rodzice zginęli rok wcześniej w wypadku w fabryce; renta „po nich” nie wystarczała na życie, więc zacząłem łapać „fuchy”, aby dorobić. Tuż przed świętami przyszły dwa listy ze szkoły, że mnie skreślają z listy uczniów i z wojska, abym przyszedł po bilet. I kiedy przyszliśmy tutaj zaczęliśmy rozmawiać to o tym, to o tamtym, a alkohol sam się lał, a kiedy on się skończył lały się łzy trwogi, a potem … cóż, przebudziłem się przed szóstą. Ona tak słodko wtulała się w moje ramiona, tak czuła się w nich bezpiecznie, na różowych policzkach rysowało się szczęście. Ach, daj spokój, nie mogłem wytrzymać, wtulona w ciepły sen słodko spała, a jej warkocz przesiąknięty zapachem kwiatów otulał nas.- Janek gwałtownie zacisnął twarz rękami, a pomiędzy palcami zaczęły się sączyć łzy.
- I co przestraszyłeś się. – powiedział Tadzik przechylając kieliszek
- Nie – krzyknął ze złością Janek- ja tego nie chciałem, aby wszyscy tak myśleli. Ja kochałem, tylko ją, a wy .. byliście mi najbliższą rodziną. I wtedy pomyślałem dość, nie pozwolę, aby nam się nie udało, przecież mam „głowę na karku” i postanowiłem ruszyć za chlebem, na zachód. Na początku było krucho, nie dość, że języków nie znałem to sam jak palec i to nie rzadko na wysypisku lub śmietniku. Potem miałem trochę szczęścia, trafiłem do starszych zamożnych osób z Polski. Nauczyli mnie wszystkiego, a ja się nimi opiekowałem. Kiedy przyjechałem tutaj piętnaście lat temu było całkiem pusto. Powybijane szyby, powyrywane drzwi, kable, druty. Moje serce pękło, bo dopiero wtedy zrozumiałem, że was straciłem. Moi opiekunowie powiedzieli, abym to wszystko odbudował tak, aby ożywić wspomnienia. I tak się stało, w tym roku oboje zmarli, pochowałem ich tu w Łodzi, tak jak sobie życzyli, a od dziś ja też tu wróciłem, dla was i dla siebie, razem damy na pewno radę. Ale jutro na obiedzie wszystko wam powiem, nie zapomnij - o trzynastej.
- Biedaku, a my tu się zamartwialiśmy, co z tobą, dlaczego nie dajesz znaków życia, a ty żeś ciężko tyrał, podziwiam i współczuję, bo tego nie ma co zazdrościć. – powiedział Tadzik i wychylił ostatni kieliszek tej butelki.
Siedzieli tak w ciszy wpatrzeni w pustą butelkę, nadgryzione ogórki i poszarpaną kiełbasę. Jeszcze usłyszał jak zegar wybijał czwartą.

III

Obudził się przed siódmą, nawet nie wiedział, o której Tadzik wyszedł. Wyjął worek na śmieci i zaczął sprzątać. Jednym ruchem ręki zgarnął z ławy odpadki, a numer do Antka i Boryny położył w kuchni obok telefonu. Kawa, prysznic i poranna toaleta, śniadanie i już był gotowy na „nowy dzień”. – Już ósma – pomyślał- chyba nikt by się nie obraził na telefon o tej porze.
- Dzień dobry, nazywam się Jan Kiliński czy mógłbym prosić do telefonu Pana Antoniego. – w słuchawce chwila milczenia, a on słyszy coraz szybsze bicie swojego serca. - Antek? To ja Janek, „prezesik”. Wróciłem, tak jestem na Księżym Młynie, zapraszam was z całą rodziną na obiad, na trzynastą. Gdzie? Do mnie na stare śmieci. Tylko bądźcie punktualnie. To do zobaczenia! – przycisnął widełki i wyciągnął notes z telefonami. – No jest- zaznaczył numer i skrzętnie zaczął go wybierać - co tak długo- pomyślał i pochwali dodał - no nareszcie.
- Dzień dobry Panie Tomku, chciałbym Pana przeprosić za wczorajsze zachowanie, ten raport to może poczekać do Nowego Roku, niech się Pan tym nie przejmuje. Ale miałbym prośbę, czy ewentualnie przyszedłby Pan ze swoją mamą do mnie na obiad, dzisiaj, na trzynastą, tak, tak , proszę bardzo przyjść punktualnie. Dziękuję Panie Tomku.
Jeszcze tylko telefon do restauracji i wszystko już jest zapięte na ostatni guzik- Jak pomyślał, tak zrobił. Czas szybko leciał, nawet się nie zorientował jak o wpół do pierwszej podjechała firma kateringowa. Potrawy cudownie się prezentowały i chyba były przepyszne. Przed pierwszą dotarł Antek z Boryną i dziećmi, nie mógł się im nadziwić w progu
- Ale ze mnie gospodarz, wchodźcie, proszę dalej.
Jak tylko weszli, od razu ich wyściskał i wycałował.
- Nie martwcie się, wróciłem, teraz zobaczycie, będzie lepiej; znów jesteśmy rodziną.
Antek i Boryna ze łzami w oczach i radością na twarzach  z niedowierzaniem patrzyli na Janka.
- Tylko gdzie jest Tadzik, miał się nie spóźnić - dodał po chwili.
- Jak to - odezwał się Antek - nie wiesz, on od dwóch lat nie żyje.
- Co?! Przecież my razem byliśmy wczoraj na pasterce w kanale, a potem tutaj z nim siedziałem, i ten telefon do was też mam od niego – podając im kartkę dopiero teraz dostrzegł napis z drugiej strony- tu jest adres mojej matki i wszystkiego najlepszego z okazji świąt Tadzik. Niewiarygodne ..
Przez pewien czas wszyscy stali w martwej ciszy, nie wiedząc co mają zrobić lub powiedzieć, dopiero sygnał dzwonka wyrwał ich z transu.
- Rozgośćcie się, ja muszę przyjąć jeszcze innych gości-powiedział do przyjaciół, następnie odwrócił się do drzwi i krzyknął - Proszę bardzo, otwarte.
I po chwili wszedł młody energiczny mężczyzna.
- Panie Tomku, sam? A gdzie pańska mama? – zapytał zasmucony gospodarz.
- Zaraz dojdzie do nas, chciała tylko obejrzeć ogród.
- Niech się pan rozbiera i zapraszam dalej. A tak, a pro po, to jeszcze raz przepraszam za wczoraj, a w ogóle to ja Janek jestem – i wyciągnął do niego dłoń. Mimo zmieszania chłopaka on dalej kontynuował- Wybacz mi, ale będę mówił do ciebie na „Ty”. A więc słuchaj, zaraz po świętach masz urlop, dwa tygodnie w Hiszpanii w moim domu. Wszystko tam będzie do twojej dyspozycji, to premia za solidną pracę, którą dla mnie robisz. Zauważyłem, że nie miałeś dawno podwyżki, ale to wszystko załatwimy po świętach i powrocie z urlopu, aha mam dla ciebie kandydata do „problemowej pracy”, teraz się rozgość i czekamy na twoją mamę, aby usiąść do stołu.
W tym momencie drzwi lekko się otworzyły i delikatnie się wsunęła kobieta około pięćdziesiątki.
- Dzień dobry, czy dobrze trafiłam? – zapytała nieśmiało.
- Jadzia??- zapytał Janek – Yyy, tak, proszę wejść dalej.
- Tak, jestem Jadwiga, ale w ten sposób nie nazywano mnie od bardzo dawna, przepraszam, a kim pan jest?
- Janek Kiliński - szarmancko powiedział gospodarz
- Nie może to być, „prezesik”- uśmiechnęła się kobieta i rzuciła się mu w ramiona.
- A to nie koniec niespodzianki- uśmiechnął się Janek i poprowadził ją do salonu – oto pozostała „paczka” Antek i Boryna, teraz siadajmy do obiadu.
Obiad przeciągnął się do godzin wieczornych. Tomek nie mógł poznać, ani swojego pracodawcy, ani matki, był po prostu zaskoczony ich zachowaniem, w ogóle to on sam czuł się tak świetnie jak nigdy dotąd.
- Nie wiedziałem, że Tomek to twój syn, jesteś mężatką, jak ci się wiedzie? – zapytał na osobności Janek
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę, - powiedziała Jadzia ocierając dłoniom twarz Janka -to dla mnie najwspanialszy prezent, jaki tylko mogła bym sobie wymarzyć. Tak prawdę mówiąc nie wiedziałam, że on u ciebie pracuje- i w tym momencie przyciągnęła go do siebie, i szeptają do ucha dalej mówiła-, a tak w ogóle to ja nigdy nie wyszłam za mąż, ale poczekaj przyprowadzę Tomka- a po chwili wróciła, aby dalej kontynuować- Pamiętasz tamtą wigilię, w tym mieszkaniu? Ja już wtedy wiedziałam, że tylko Ty mógłbyś zostać ojcem moich dzieci, a kiedy zniknąłeś, nie wiedziałam co mam robić, ale został owoc mojej – naszej miłości. To twój syn. – i wzięła Tomka za rękę.
Janek z niedowierzaniem spojrzał na Jadwigę i na Tomka.
 -Jesteś moim synem Tomku. –powiedział to z drżącym głosem i wziął go w ramiona.
Tomek wtulony głęboko w ramiona Janka nie był w stanie wyksztusić nawet słowa, czuł tylko jak łzy same ciskały mu się na twarz. Jego marzenie z lat dziecinnych, aby mieć przy sobie oboje rodziców teraz się spełniło. I ma w końcu ojca, którego tak bardzo wyczekiwał i o którym zawsze marzył.
Przez długi czas nie mogli uwierzyć w to, co ich spotkało; to było coś takiego cudownego. Dopiero Antek przerwał tę sytuację.
- Późna już godzina i zaraz się będziemy rozchodzić do domów, więc zaśpiewajmy wspólnie kolędy, jak za starych lat. Zacznijmy od „Wśród nocnej ciszy…”
Wszyscy podchwycili ochoczo i zaczęli śpiewać…

EPILOG

Antek z Boryną do tej pory pracują u Tomka, stanęli na nogi i dobrze im się wiedzie. Tomek postanowił od razu założyć rodzinę i nie chcąc popełnić „błędów” rodziców odnalazł swoją miłość sprzed lat i ożenił się na wiosnę, a w następną wigilię został ojcem bliźniaków. Janek z Jadzią pobrali się, całą firmę przekazali Tomkowi, odnaleźli córki Tadzika, zaopiekowali się nimi, a po śmierci ich babci zamieszkały z nimi jak rodzina, wielka rodzina z Księżego Młyna.