Romuald Rosiński
 Mgła nad Notecią
 (fragmenty)
        
  Około 15 tysięcy lat temu na Pomorzu dobiegała kresu epoka lodowcowa.  Najstarsi ludzie żyli do 30 lat, lecz zazwyczaj w tym wieku cierpieli na wszystkie możliwe choroby. W najlepszym razie człowiek miał do dyspozycji najwyżej  20 lat aktywnego życia, a raczej walki o przetrwanie. Walki, której ostateczny wynik i tak już na zaraniu określiły mróz, głód i samotność. Wszystko było kwestią czasu, a czas był największym wrogiem człowieka.
Jedna z kolejnych zim dobiegała kresu. Przyszło nagłe ocieplenie. Południowy wiatr zdmuchnął ze wzgórz śnieżne czapy i pokruszył lód na rzece. Raptowna zmiana pogody wcale nie niosła zapowiedzi trwałej wiosny. Noce były bardzo mroźne, a w lasach i w dolinach grubą pokrywą zalegał jeszcze śnieg. Gdyby to było możliwe, plemię Sambora nie opuszczałoby zimowiska. Stało się jednak inaczej.
  Mabi, nawet mając całe ciało w ranach, a stopy od długiego marszu odmrożone i zdarte do kości, nie czuł cienia żalu, że wszyscy mieszkańcy nagle - z dnia na dzień- wyruszyli w szaleńczy marsz. Zresztą było mu wszystko jedno, gdzie umrze. Tegoroczna zima przyniosła zgubę jego rodowi. Ludzie przetrwali mrozy, gigantyczne huragany, niosące od czoła lądolodu wielodniowe śnieżyce tak gęste, że nie można było odróżnić dnia od nocy, napaści wilczych hord. Zniszczył ich dopiero głód. Zabili ostatnie psy. Zjedli rzemienie i odzież ze skóry. Żeby oszukać żołądki, kruszyli korę z drzew, ryli śnieg i skamieniałą ziemię w poszukiwaniu suchych traw. Umierali cicho i bez narzekania na swój los. Nie potrafili  zapytać, skąd i dlaczego znaleźli się w świecie, w którym zima, głód i noc są wieczne, a lato, młodość i czas sytości zdarzają się tak rzadko i trwają tak beznadziejnie krótko. Ci, którzy przeżyli, nie mieli sił ani czasu, by układać pogrzebowe stosy. Klnąc i płacząc z wysiłku, zawlekli trupy do szałasu na skraju obozu. Potem podłożyli ogień i odeszli na równinę. Wieczorem zerwał się wiatr, zakręcił pożogowiskiem, poniósł popiół w las.
  Droga przez równinę nie miała końca. Mabi i Ron szli na czele. Szereg wynędzniałych postaci z godziny na godzinę stawał się krótszy. Najsłabsi najpierw przesuwali się gdzieś na tył. Jakiś czas nadążali za resztą, lecz wkrótce bezlitośnie rósł dystans między nimi a gromadą, aż pozostawali sami, za jedynych towarzyszy mając wiatr, zimne słońce,  wiernie drepczącą ich śladem śmierć o skrzydłach ze śnieżnej chmury i lodowych oczach.
Kobieta podawała wojownikom włócznię. Nie mogła iść dalej, chciała, by ją dobili. Bała się powolnego umierania w nadchodzącym mrozie nocy. Obawiała się wilków. Prosiła wojowników, aby zabili ją szybko, jednym pchnięciem. Zawiodła się. Mijali ją obojętnie. Żaden się nad nią nie pochylił: może z litości, może nie mieli na to siły.     
Gdy słońce stało w późnozimowym zenicie, zauważyli Dzikiego, ucztującego przy padłym reniferze. Podrażnieni wonią padliny, patrzyli z nienawiścią, jak  rozcina skórę na brzuchu byka i wybiera tłuszcz. Był tak zajęty, że wcale ich nie zauważył. Szczęście odebrało mu wzrok i słuch. To na równinie nigdy nie kończyło się dobrze.
Mabi wykrzesał z siebie całą energię. Poderwał się, by zadać śmiertelny cios. Był jednak zbyt słaby, by uderzyć dokładnie. Kamienne ostrze toporka minęło głowę Dzikiego i skruszyło  kolano. Zaraz podbiegł Ron, kopniakami odrzucił miotane konwulsjami ciało, ugodził oszczepem.
Radość odurzyła ich. Ucztowali bez słów. Jedynie wymieniane w pośpiechu spojrzenia mówiły o triumfie. Kolejno dołączali maruderzy. Dobywając resztek sił, biegli, pełzli na czworakach, czołgali się, by spragnionymi palcami wczepić się w padło. Byk, rodzierany dziesiątkami rąk, drgał jakby ożył.
Dziki leżał zbyt blisko, toteż razami i kopniakami przesuwali go na bok. Próbował się odczołgać, ale garścią twardą jak skała chwycił go paraliż. Patrzył na nich wielkimi, zasnutymi mgłą bólu oczami. Później ktoś rozgniewany, że nie może docisnąć się do mięsa, odciągnął go za włosy i zakłuł nożem.
Uczta trwała całe popołudnie. Gdy na równinę spłynęły pierwsze cienie zmierzchu, znaleźli za zwalonym pniem osłonięte od wiatru miejsce na nocleg. Tuląc się do siebie, układali się do snu. Co chwila wybuchała brutalna, pełna razów i obelg walka o miejsce w centrum kręgu. Silniejsi wypychali słabszych na zewnątrz.
Mabi, klęcząc kilka kroków dalej,  przypatrywał się temu w milczeniu. Podszedł do niego Ron.
- Tej nocy wszyscy zginą.- powiedział cicho.
Mabi nie musiał odpowiadać. Było oczywiste, że z nastaniem nocy pojawią się wilki.
- Głód odebrał im rozum. Powinniśmy zostać, żeby ich bronić - powiedział Ron.
Mabi wolne przeniósł wzrok z krewnych na Rona.
- Musimy iść - rzekł głucho.
W oczach Rona błysnęło cierpienie.
- A co z nimi?
Mabi nie znalazł słów, by mu odpowiedzieć. Ale gdy sięgnął do sakwy na piersi i poczuł w dłoni tak bliski mu kształt i cieżar, poczuł, że w jego sercu nagle narasta poczucie siły.
- Musimy iść. Nie mamy wyboru. TO musi dotrzeć na swoje miejsce. Zostało niewiele czasu.
- Ale...
- Przyrzekłeś. TO musi znaleźć się TAM! Nie mamy wiele czasu. Jeśli TAM nie dotrzemy, jeśli się spóźnimy, nie będzie nowego życia.  
Gdzieś z daleka dobiegło wycie wilka. Z drugiego brzegu doliny zawtórowało mu zawołanie wilczego chóru. Ron drgnął.
Zapada zmrok. Wiatr przybiera na sile, niesie mróz i ciemność. Jeśli natychmiast nie ruszą, nie znajdą drogi...
Ostatni raz w życiu ogarnął wzrokiem ostatnich z rodu. Wilczy koncert na nikim nie zrobił wrażenia. Obojętni na wszystko, kolejno zapadali w kamienny sen.  
Mabi ruszył pierwszy. Ron, podpierając się włócznią, zataczając się i potykając, ruszył za nim. Daleko przed nimi majaczył cień góry.

* * *
11 kwietnia  o godzinie 16.45 mężczyzna, którego tożsamości nigdy nie ustalono, podszedł do Zofii B., urzędniczki w urzędzie pocztowym w Nakle.  Hol był pusty. Urzędniczka siedziała samotna za okienkiem i beznamiętnie wypełniała  formularze. Była tak znudzona, że nawet nie zauważyła petenta.
- Automaty telefoniczne nie działają.
Musiał  to  powtórzyć, żeby odwróciła się w jego stronę.
- Będzie burza - wzruszyła ramionami.
- To co?
Pytanie  zaskoczyło  ją. Minęła chwila, zanim pozbierała myśli i ułożyła z nich sensowną odpowiedź:
- To stara centrala i czasami się psuje od wyładowań atmosferycznych.
- Ale ja muszę zatelefonować...
- Może pan zamówić rozmowę u mnie. Ta linia działa zawsze.
Nie zwrócił uwagi na żartobliwą – niezamierzoną - dwuznaczność zawartą w tych słowach. Podał numer. W napięciu patrzył na jej palce wędrujące po przyciskach. Odetchnął, gdy uzyskała połączenie. Podała mu słuchawkę. Odebrał ją i odsunął się jak najdalej od okienka.
Uśmiechnęła się do niego, gdy po kilku minutach oddał jej słuchawkę.
- Słabo słychać - mruknął. Był przystojny, ale zmęczony. Miał przekrwione oczy i zarost, który stanowczo zbyt długo cieszył się życiem.
- Przykro mi... - powiedziała dziewczyna.
Milcząc podał jej pieniądze. Nie przejawiał chęci kontynuowania rozmowy. Szkoda - stwierdziła dziewczyna w  myśli. Westchnęła, sięgając po stos formularzy.                
Mężczyzna wyszedł z budynku poczty i wsiadł do niebieskiego golfa. Pies na tylnym siedzeniu zerwał się, szturchnął go pyskiem w  ramię.
- Co chcesz?-  mężczyzna podrapał  psa  za uchem. Leż - przykazał zaraz, bo pies, zachęcony ciepłym powitaniem, chciał się przecisnąć do przodu.
Niebo nad dachami przecięła długa błyskawica. Zagrzmiało. Od zachodu nad miasto nadciągały czarne chmury.
- Cholera - mruknął  mężczyzna. Stuknął  palcem w szybę -Tam właśnie musimy jechać.
Zapalił  papierosa. Przeciągnął  się. Bolał go kręgosłup - zmęczenie coraz bardziej dawało się mu we znaki.
Mimo zbliżającej się burzy, ruch na ulicy nie malał. Jezdnią sunął długi sznur samochodów, chodniki pełne były ludzi. Przed  kinem stała gromada dzieci z teczkami. Starsza kobieta - zapewne nauczycielka - tłumaczyła im coś nerwowo. Nad  jej głową czarująco uśmiechała się z plakatu półnaga, piękna Sharon Stone.
Mężczyzna rozpiął torbę leżącą na prawym siedzeniu. Wyjął żarcie dla  psa. Ułożył je na kocu. Pies pilnie śledził poczynania opiekuna, lecz nie ruszył się.
- Jedz - powiedział  mężczyzna - tylko nie mlaskaj. Dopiero po tej komendzie pies pochylił się nad żarciem. Mężczyzna sięgnął po jedzenie dla siebie. Jadł powoli, dla zabicia czasu obserwując, co dzieje  się na ulicy. Młodzież weszła już do kina, za to na schodach pojawiła  się wysoka, szczupła dziewczyna. Mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Blondynka - ale nie wyglądała na bohaterkę popularnych dowcipów. Rozglądała się nerwowo, zerkała na zegarek.
- Popatrz, jaka ładna - rzekł mężczyzna do psa, ale ten wolał ogryzać kość niż gapić się na dziewczyny.
- Zawsze byłeś głupi - skwitował mężczyzna.
Przełożył kanapkę do lewej ręki. Prawą wygrzebał ze schowka szare zawiniątko. Ułożył je na kolanach i rozwinął. Wyjął pistolet. Wcisnął magazynek w kolbę. Sprawdził zabezpieczenie. Wsunął broń do schowka.
Znowu zagrzmiało. Niebo na zachodzie było już nie szare, lecz czarne.
Nikt  nie przyszedł. Dziewczyna przed kinem ostatni raz spojrzała na  zegarek. Zbiegła ze schodów, wsiadła do białego audi. Samochód ruszył z piskiem opon.
- Chyba jest wkurzona na faceta, który ją olał, jednym coś przychodzi łatwo, innym jak po grudzie - powiedział mężczyzna, pakując do ust ostatni kęs kanapki - na nas też już czas.
Poprowadził golfa na obwodnicę. Ledwie wyjechali za miasto, nastąpiło oberwanie chmury. Wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody z szyby. Nagle zapadł burzowy półmrok, rozświetlany wężami błyskawic. Widoczność spadła niemal do zera. Samochody zatrzymywały się na poboczu. Tylko niektóre sunęły powoli w gigantycznych rozbryzgach, mimo zapalonych świateł niemal niewidoczne w sinej ścianie deszczu.
Po kilku minutach nawałnica minęła, ale nadal padał drobny deszcz. Mężczyzna zerknął na zegarek, pokręcił głową. Przyspieszył. Włączył radio. Nie wyłączył, mimo że piosenka Perfektu "Ale wkoło jest wesoło" wprost nieprzyzwoicie nie przystawała do rzeczywsitości.
Wskazówka szybkościomierza grubo przekroczyła  setkę. Pomruk silnika zginął w muzyce płynącej z głośników.
Jezdnia szkliła się w blasku reflektorów. Światła sunących z naprzeciwka samochodów połyskiwały niczym ślepia przedpotopowych gadów. Nad równiną raz po raz zapalały się błyskawice.
Na zjazd z obwodnicy golf wjechał z za dużą prędkością. Opony utraciły przyczepność, wóz potoczył się na lewy pas, prosto pod szesnastokołowego tira. Mężczyzna błyskawicznie skręcił do oporu kierownicę, do końca wcisnął pedał gazu. Ryk klaksonu tira zagłuszył huk silnika i gwizd kół buksujących po asfalcie.
Pies spadł z siedzenia, skomlał spazmatycznie.
W ostatniej chwili ponad sto mechanicznych koni, zmuszonych do pracy na granicy swoich możliwości, wyniosło golfa na prawy pas.
Mężczyzna przykleił się do kierownicy. Skulił się, gdy kilkanaście centymetrów  od jego ramienia, chronionego jedynie szkłem i blachą, z apokaliptycznym grzmotem przewaliła się lawina rozpędzonej stali.
Minęło pół godziny, nim dotarli na miejsce. Golf zjechał na leśną drogę, potoczył  się kilkaset metrów, zatrzymał się przy krzywej sośnie.
Mężczyzna wyłączył silnik, przekręcił gałkę radia.
Ogarnęła  go  nagła  cisza. Ale to było tylko złudzenie. Po chwili usłyszał szum wiatru, wołanie ptaków. Czekał, aż przestaną mu drżeć dłonie. Pies zapiszczał. Mężczyzna otworzył drzwi.
- Idź - machnął ręką .
Pies wyskoczył jak wystrzelony z procy. Ruszył w galop dookoła samochodu.
Mężczyzna sięgnął do schowka.
Wyjął pistolet, wsunął do kieszeni kurtki. Sięgnął po zawiniątko z podłogi. Wysiadł z samochodu. Zatrzasnął drzwi, gwizdnął  na psa. Ruszył ku polanie.
Dotarł na miejsce, gdy na przecierającym się niebie pojawił się pierwszy blask księżyca. Ale w  jaskini panował głęboki mrok. Pies zatrzymał się przed wejściem.
Zatańczył nerwowo. Sierść zjeżyła mu się na grzbiecie. Spoglądał z niepokojem na mężczyznę.
- Chodź - skinął mężczyzna.
Pies zaskomlał. Ruszył naprzód, cofnął się.
- Zostań - mruknął mężczyzna.
Wszedł do jaskini.
Posuwał się powoli. Wąski krążek światła z latarki wędrował po ścianach. Wyłuskał z ciemności owalny kształt ofiarnego kręgu. Mężczyzna nachylił się. Przez długa chwilę badał układ symboli na ścianie. Potem wydobył z worka  łom. Wcisnął pod krawędź. Naparł nań całym ciałem. Na próżno - krąg ani drgnął.
Mężczyzna był zbyt zaaferowany swoim zajęciem, by usłyszeć, że  zaczyna się sypać piasek ze stropu.
Ponowił wysiłek - bez rezultatu. Zaklął, przełożył łom w inne miejsce. Jego uwadze uniknęło trzeszczenie jednej z belek stropowych. Oczy mu płonęły, ręce drżały. Coś szeptał do siebie. Nacisnął na łom. Nagle rozległ się ostry trzask i krąg pękł. Długa rysa  przecięła kamień. Skorupa w  kształcie czapy zsunęła się i odkryła gładką powierzchnię, pokrytą regularnymi znakami. Mężczyzna pochylił się, by się im przyjrzeć. Szmer  sypiącego się piasku nasilił się, przeszedł w gwałtowny szum. Mężczyzna błyskawicznie się odwrócił.  Nie miał już czasu na ucieczkę. W głuchym huku runęło całe sklepienie.
Pies przed wejściem zawarczał. Cofnął się, kiedy ze środka uderzyła w niego chmura pyłu. Zaraz jednak powrócił. Nerwowo, na przemian warcząc i skamląc, tańczył na progu. Nagle zdecydował się. Ruszył naprzód. Zniknął w czeluści pełnej mroku, kurzu i szmeru osuwającej się ziemi.
Wynurzył się po kilkunastu minutach.
W przekrwionych ślepiach czaiło się szaleństwo.

* * *
- Jeśłi będziesz taki okropny, to cię zjedzą duchy - oznajmiła Joanna synowi, po czym sięgnęła po szminkę i zaczęła malować usta.
- Duchów  nie  ma - odparł  rezolutnie pięcioletni jasnowłosy Krzyś i powrócił  do systematycznego wybijania łyżką rytmu na butelce.
-Jesteś idiotą - powiedziała Magda. Uważała, że jako dziesięciolatka wie wszystko o życiu i nigdy nie traciła okazji, by uświadomić to bratu..
- Duchy  są. Mają wielkie kły. Pożerają swoje ofiary.
-To nieprawda. I nie jestem idiotą. To ty jesteś głupia małpa.
-Nie wolno tak  mówić - wtrąciła Joanna, przeglądając  się  w lusterku.
-A tata tak do ciebie mówi - zaśmiał się Krzyś.
-Sam  widzisz, jaki  dzieci biorą z ciebie przykład -westchnęła Joanna. Spojrzała wymownie na Bogdana.
Skrzywił się. Poczuł narastający ból  głowy. Podróż  nie  układała  się  od początku. Najpierw zapomnieli zapakować kilka niezbędnych rzeczy, potem pokłócili się o trasę przejazdu, a na koniec zabłądzili. Mówiąc dokładniej - zabłądził on. Wybrał przejazd przez Nakło. Sądził, że tędy będzie bliżej. Ale nie wziął pod uwagę, że nie jest mistrzem w czytaniu mapy. Skręcił o jedną drogę za prędko. Po kilkunastu minutach  znaleźli  się w jakichś lasach.
Joanna  przeżywała chwilę triumfu.
- Jednak lepiej zawróć - rzekła nie kryjąc wystudiowanej pobłażliwości w głosie - bo będziemy się tłuc do późnej nocy. Pewnie nie zauważyłeś, że mamy już wieczór. Twierdziłeś, że o piątej będziemy na miejscu. Jest siódma.
Zdusił w sobie chęć, by zakląć.
-Masz  rację. Zawracamy - stwierdził  sucho.
Właśnie  w tej chwili Krzyś nasilił tempo uderzeń łyżką w butelkę. Dźwięk był przeraźliwie wysoki.
-Zabierz mu to - poprosił Bogdan Joannę.
-Zacznie płakać.Wyjdzie na jedno - wzruszyła ramionami - chyba jesteś przewrażliwiony.
-Pewnie masz rację - mruknął głucho.
-Chcę siku - oznajmiła Magda.
-Ja też!- krzyknął Krzyś.
Już...- mruknął  Bogdan. Wypatrzył  wylot  leśnego  duktu. Zatrzymał samochód. Wyłączył silnik.
-Wysiadajcie - oznajmił dzieciom.
Sam  także wysiadł. Z rozkoszą rozprostował obolałe plecy. Ogarnął go leśny gwar. Na najbliższym drzewie ścigały się wiewiórki. Chciał je pokazać  dzieciom, ale te już pobiegły za krzaki.
-Naprawdę przemyślałeś swoją decyzję?- zapytała  Joanna. Żachnął się. Nie da mu chwili spokoju. A ta sprawa była akurat ostatnią, jaką chciałby teraz  poruszyć.
-Dlaczego  milczysz?- w  głosie  Joanny wyczuł tężejącą złość - nie masz odwagi, żeby rozmawiać o tej swojej wielkiej miłości?
-Po prostu teraz nie chcę o tym mówić - wzruszył ramionami.
- Ucziwa kobieta nie rozbija cudzego małżeństwa.
- To nie jest tak...
- Już ja wiem, jak to jest. Od dawna nie byłeś ze mną szczery. I zawsze  miałeś  za  mało  czasu albo byłeś cholernie zmęczony.
- Może nie potrafiłaś mnie słuchać...
- Pewnie. I jeszcze dodaj, że byłam za głupia.
- Tego nie powiedziałem.
- Nie potrafię cię zrozumieć. Czy ty w ogóle zastanowiłeś się, co zamierzasz zrobić dzieciom?
Sięgnął po papierosa.
-Tak...- Joanna pokręciła głową- twoje milczenie to bardzo konkretna odpowiedź. Ale niczego nie wyjaśnia. Dlaczego chcesz od nas odejść? Dlaczego porzucasz żonę i  dwoje dzieci dla jakiejś dziewczyny, która jest d ciebie  piętnaście lat młodsza i nie ma żadnych skrupułów.
- Wybacz, ale teraz to ja ciebie nie rozumiem. Co masz na myśli, mówiąc: skrupuły?
- To przecież jasne. Tylko ty nie chcesz przyjąć nic do wiadomości. Czy ona nie widzi, że rozbija rodzinę i unieszczęśliwia Bogu ducha winne dzieci?
- To jest twój punkt widzenia.
- Powinieneś to widzieć w taki sam sposób. Masz rodzinę, obowiązki wobec nas.Ale ona ogłupiła cię. Jesteś zaślepiony.
- Może to coś więcej? I może to wcale nie taka tragedia? Dzieci nie stracą ojca. Poza tym czy źle dobrane małżeństwo naprawdę musi trwać wiecznie?
- Nie żartuj. Chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz.
- Mówię to, co czuję.
- To  się obudź. Pomyś, lile ty masz lat, a ile ona. Żyjecie w dwóch zupełnie innych światach. A najgorsze jest to, że ona nie ma żadnego poczucia winy.
- Ma. I ja też. Ale czy naprawdę tylko poczucie winy ma decydować od prawie człowieka do uczuć?
Zaśmiała się ironicznie.
-Jesteś idiotą - mruknęła i umilkła, bo nadeszła Magda.
- A gdzie Krzyś?
- Zaraz przyjdzie. Poszedł na lewo, bo ja wybrałam prawą stronę polany.
Ale Krzyś nie przyszedł. Bogdan obszedł całą polanę, na próżno wykrzykując jego imię. Zagłębił się w las. Zatoczył szerokie koło. Przeszedł kilkaset metrów przesieką. Bez rezultatu.
- Pewnie zabłądził - powiedziała Joanna, gdy spotkali  się przy samochodzie.Wróciła spoza szosy. Miała nogi podrapane do krwi - przedzierała  się   przez   jeżynowe gąszcze. Nie czuła bólu. Patrzyła na Bogdana z przerażeniem.
- Te lasy ciągną się kilometrami. Może tak iść bez końca.Wkrótce zapadnie zmrok.
- Nie przesadzaj - Bogdan sięgnął po kolejnego papierosa.
Po godzinie zrobiło się szaro. Mieli zdarte głosy i kompletną pustkę w głowach. To było zbyt nierealne, by mogło się wydarzyć. Krzyś zaginął.
Policjanci znaleźlio go nazajutrz rano, stosunkowo blisko, niecałe dwa kilometry  od  miejsca,  gdzie stał samochód. Zwłoki leżały w gęstwinie kolczastych jeżyn.
- Chryste Panie - jęknął  policjant - co tu się działo...
- Świat jest pełen  maniaków - odparł śledczy, sięgając po papierosa, aby ukryć drżenie rąk.
- Ale ten to musiał być wyjątkowy świr. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.  
- Nie  wiem, jak to opisać - lekarz sądowy rozłożył ręce.
W  samochodzie  stojącym  na  szosie lekarz właśnie robił zastrzyk Joannie. Bogdan trzymał ją, bo się wyrywała.
- Puśćcie mnie do mojego dziecka - powtarzała  w  kółko - Jezus Maria, ludzie, co wy robicie... Puśćcie mnie do mojego dziecka...
Jej słowa były coraz wolniejsze i cichsze.
- Już działa - mruknął  lekarz - to silny środek. Teraz będzie mocno spała, może  nawet osiemnaście godzin. Ale gdy się obudzi, będzie potrzebowała dobrej opieki...
-Wiem... - odparł Bogdan.
- Pan też. Pojedzie pan z nami. Policjanci przyprowadzą samochód do miasta.W tym stanie nie może pan prowadzić.
-Wiem...- powtórzył Bogdan. Podniósł głowę, bo zdało mu się, że słyszy znajome wołanie - jakby Krzyś zaraz miał wyjść zza drzew. Złudzenie było tak wyraźne, że aż wyciągnął w  tamtą  stronę  rękę. Ale oprócz niego, lekarza  i  zapadającej  w  letarg  Joanny nie było nikogo. Magdę zostawili w nocy w hotelu w Nakle.
Bogdan pochylił się, by ukryć twarz.
Tak  naprawdę dopiero teraz jego umysł przyjął, co się wydarzyło. Stało się  to  tak, jak by ktoś z całej siły uderzył go w głowę stalową pałką. Aż skręcił się z bólu i wybuchnął strasznym, męskim płaczem.