ANDRZEJ BALLO
Dłużej nie potrafię
Opowiadania 

                                     
Zaraza w mieście L.

                           W mieście panowała zaraza. Nad nim chyba też, skoro niebo bywało trupioblade i przy uważnym osłuchaniu wydawało z siebie warkot motolotni. Pod miastem nie odnotowano zarazy, ale znaleziono (przy okazji)  źródła termalne, które z kolei po opukaniu okazały się zaginioną ostatniego lata kanalizacją miejską. Za miastem nie było zarazy, ale panowały tam-immoralizm, solipsyzm i sztuka ludowa. Co trzeci spacer za miasto kończył się demagogicznym gwałtem.
Zaraza była przedziwna. Nie powodowała szybszej śmierci ani nawet biegunki .Powodowała małość. Małość była przenoszona drogą służbową, partyjną i przeciwpożarową. Czasami chodnikiem lub poboczem. Wszystko powoli robiło się małe. Nawet kościół zrobił się mały. Podobno, jak mówią członkinie kółka różańcowego, i Bóg zmalał. Teraz kryje się za aloesem, a nie krzakiem gorejącym. Proboszcz też zmalał o połowę, choć większość mówi, że po prostu schudł. Oczywiście, nie wszyscy byli dotknięci zarazą. Epidemia nie atakowała tych, którzy potrafili odróżnić Dostojewskiego od Czajkowskiego, Vivaldiego od pani Gessler, Utrilla od Brada Pitta, kulturę od bzdury i tych, którzy w pocie czoła mężnie znosili swój ciężki, trudny żywot, nie folgując donosicielstwu i serwilizmowi. I Ci ostatni byli najwięksi. Dzieci oczywiście nie malały. Młodzież podobnież, oprócz ministrantów i roznosicieli gazet. Nie wiadomo z jakich powodów zaraza najokrutniej zaatakowała władzę, po chamsku, bez skrupułów i bez 7-dniowego okresu uprzedzenia. Rada Miasta stała się wielkości pudełka zapałek a radni mali jak pinezki. Podobnież cała administracja, straż miejska, placówki kulturalno- oświatowe, notable, dygnitarze, pseudointeligencja, itp. Słynna miejscowa gazeta, której redakcja stała się miejscem pielgrzymek zwolenników lobotomii zmniejszyła się do wielkości paznokcia (w dodatku obgryzionego). Sławetny Dom Kultury zrobił się jak przecinek. (Mam gdzieś go w doniczce).
 Sytuacja stała się niezręczna i nieproporcjonalna. Pariasi byli najwyżsi, a włodarze najniżsi. To odwróciło naturalny stan rzecz i wymagało prawnego sprostowania. Wydano uchwałę i odezwę do mieszkańców miasta. „Małość jest piękna, jest zaszczytem i ukoronowaniem ludzkich dążeń i pragnień, małość czyni człowieka wyjątkowym, małość to sacrum” . Oczywiście nie obyło się bez imperatywów - ”kto naruszy małość, zostanie skazany na banicję, wywiezie się go za miasto na pastwę sztuki ludowej, itp.”
Niecałą dobę później mali zmaleli do cna. Nie było ich. Zostały po nich tylko głosy. Ale przecież właśnie o głosy im chodziło. Głosy wyborcze.
Miasto odżywa, Bóg wyszedł zza aloesu. Sztuka ludowa kurą i twarogiem wkroczyła do miasta. Arkadia. A ja piszę …ale długopis mi coraz bardziej rośnie.


Dropsy

                  Człowiek współczesny, zresztą innego obecnie nie ma, potrzebuje pobudzenia. Chce, a czasami musi być aktywny kilkanaście godzin na dobę. Doba staje się powoli czymś anachronicznym, a nawet ograniczającym. Człowiek jak koń w zaprzęgu potrzebuje siana, podków i bata. Siano dostaje w bankomacie i mlaska, gdy zobaczy wydruk. Bat najczęściej zwie się - administracja państwowa. Podkowy są coraz gorszej jakości, w dodatku trzeba je zmieniać na zimę albo zdejmować podczas wizyty u nowobogackich sąsiadów. Żeby żyć, człowiek współczesny musi biec. Każdy nie tyle niesie swój krzyż, ale biega swoje maratony. Dlatego potrzebuje środków energetyzujących.  Stosował je od dawna w postaci okowity, jakichś ziół,  kawy, walenia głową w mur, przykładania lodu do karku itp.  Ostatnio powstał cały rynek specyfików i wcale na myśli nie mam laboratoriów z amfetaminą i kontenerów z kokainą. Mam na myśli napoje energetyzujące. Dostępne w każdym sklepie. Nawet z dewocjonaliami.
               Pierwszy napój energetyzujący (,,Red Bull”) pojawił się w sprzedaży w 1987 r . w Austrii. Nikt chyba nie spodziewał się że zmodyfikowana receptura napoju z Tajlandii ( nie mam pewności, ponieważ większość znanych mi płynów pochodzi z Warmii) stanie się tak popularna wśród konsumentów. Gdy ,,Red Bull” pojawiał się na półkach sklepowych, pojawiły się plotki na temat pochodzenia jego składników, np. że produkowany jest z moczu byka. I jak to zwykle bywa, plotka dała marce rozgłos i bardziej pomogła niż zaszkodziła wizerunkowi . Dzięki kampanii reklamowej rok po wprowadzeniu produktu na rynek sprzedano ponad milion puszek napoju. Milion zawsze robi wrażenie, zwłaszcza jak jest w gotówce.
              Potem pojawiły się inne marki pod różnymi wdzięcznymi nazwami, zwłaszcza anglojęzycznymi, bo tak naprawdę nie wiadomo, co po polsku znaczy „power”. Zresztą polskie słowa są dla Polaków niezrozumiałe, a cóż dopiero słowa angielskie. Niestety, nie da się polskiego przetłumaczyć na bardziej polski.  Stosowałem przez lata ( wiosny też ) specyfiki energetyczne, ale znudziły mi się albo przestały pomagać. Zacząłem więc poszukiwać nowych rozwiązań. Nie wiadomo właściwie po co, skoro miałem kilka sklepów pod nosem. Ale cóż, ciekawość odurza, a niektórych ogłupia.
              Z wycieczki do Kazachstanu przywiozłem garść uranu. Sprzedał mi go facet sprzedający lody włoskie. Nie tyle sprzedał, wydał mi resztę. Potem go wzbogaciłem (nie lodziarza) przy pomocy ozdób choinkowych. Teraz mogłem wykorzystać go do własnych potrzeb. 1 gram uranu wytwarza tyle energii, ile powstaje podczas spalania 1,5 tony węgla. To był właściwy trop. Zmieliłem uran w młynku do kawy. Zmieszałem z cukrem pudrem i cynamonem. Dodałem skórki pomarańczowej, uformowałem w rulon, a po zastygnięciu pokroiłem na plasterki. Powstały dropsy.
           Spróbowałem najpierw lekko polizać jednego dropsa. Poczułem się lepiej, a w pokoju zrobiło się jaśniej. Polizałem dropsa jeszcze kilka razy i pisałem swoje opowiadanka przez całą noc . Nie czułem zmęczenia, a zamiast śniadania przeszedłem się do sąsiedniego miasta. Wróciłem do domu, liznąłem dropsa i zrobiłem 500 pompek . Potem zaniosłem córkę do szkoły. Razem z jej biurkiem. Znowu polizałem dropsa i wyniosłem całą jedną nawę z farnego kościoła. Wytrzepałem ją ręką i wstawiłem z powrotem. Wyprostowałem kilka ulic i pogłębiłem rzekę, aby ryby mogły swobodnie się mijać. Znowu napisałem kilkanaście opowiadań. Polizałem dropsa i nie mogłem zasnąć. Nudziłem się trochę. Postanowiłem coś spsocić. Wydłużyłem dyszel Wielkiego Wozu. Zabieliłem mąką tortową Drogę Mleczną aby była lepiej widoczna. Wyrzuciłem z orbity okołoziemskiej trzy zardzewiałe radzieckie satelity szpiegowskie. Przez kilka następnych dni lizałem uranowe dropsy i zmieniałem rzeczywistość na rzeczywistość lepszą. Świata nie miałem zamiaru zmieniać. Był zbyt potężny. Zresztą podobno się kurczy. Rozciągnąłbym go, ale nie wiem, gdzie ma końce. Dla siebie też zrobiłem kilka rzeczy. Nie, nie zrobiłem tego, co z Wielkim Wozem. Wysprzątałem podwórze, trochę za mocno, bo dobrnąłem do paleozoicznych skał, poprzyklejałem igły na modrzewiach w moim ogrodzie, pomasowałem sobie plecy i przedmuchałem nos. A propos dmuchania – dropsy są kilkadziesiąt razy skuteczniejsze niż viagra. Pomińmy tę kwestię, ze względu na wałęsające się tu gimnazjalistki.
             Moje potrzeby energetyczne rosły. Lizałem coraz więcej. Zacząłem mocno świecić. Splunąłem kilka razy i zaraz w tym miejscu pojawiły się charakterystyczne grzyby. Dokuczać mi zaczął żołądek.
             Któregoś dnia polizałem za dużo. Nie mogłem się powstrzymać. Zaczęło mi się odbijać. Za pierwszym odbiciem zniknęła ulica, za drugim miasto, za trzecim województwo. Potem cały kraj, Europa itp. Nie mogłem się powstrzymać. Odbijało mi się nadal. Znikał Wszechświat. Sukcesywnie. Aż…. Zobaczyłem jego granice. Trzymał je w rękach jakiś chłopczyk. Siedząc na nocniku. Trzymał się jego brzegów.
             Nie przywoźcie nic z Kazachstanu.




Stomatologiczny kosmos

                   Dentystka ani młoda, ani stara, jak to dentystka, czeka w swoim gabinecie na pacjenta. Ów spóźnia się nie tylko z racji robotniczo-chłopskiego pochodzenia. Spóźnia się ze strachu, co jest dowodem na to, że ze strachu nie tylko można narobić w spodnie. Dentystka otwiera okno. Nad nią piękna wrześniowa noc i niebo usłane gwiazdami. Pomyślała o Kancie i Gagarinie . Imperatyw kategoryczny wymuszał na niej czekanie na pacjenta. Niczym kometa przemknęła jej przez jaźń myśl - litość to zbrodnia. To chyba Nietzsche, nie była pewna bo zerwała z nim kontakt po ekstrakcji dolnej czwórki. Rozległo się pukanie, taki kontrapunkcik do muzyki sfer, której akurat słuchała. Zafascynowana nieboskłonem powstrzymywała się przed powiedzeniem „proszę wejść’. Pukanie nabrało więc charakteru batalistycznego, dokładniej o mocy pocisku wystrzelonego z haubicy. Pani stomatolog zamknęła okno i powiedziała „wejść”. Do gabinetu wszedł młody człowiek.
- Siadaj! Mało mamy czasu - trysnęła apodyktycznie pani stomatolog.
Pacjent potulnie usiadł. Lekko pobladł. Dentystka zapięła się pod szyją. Ściągnęła brwi , nic poza tym.
- Proszę szeroko otworzyć jamę ustną, tak jakby krzyczał pan „ratunku”.
Pacjent posłusznie rozdziawił się, aż na wierzch wyszły mu oczy.
- Zęby są w dobrym stanie. Ale poczekajmy, aż je stracisz. Zajrzyjmy dalej.
Przybliża lampę i baczniej się przygląda.
- Jaki piękny Księżyc. Ale Amerykanie pozostawiali tu śmieci…o.. są  i butelki po Stolicznej. Są, są, są !!!. Dentystka bierze jakieś narzędzia, jakieś lusterko i wpatruje się z pasją w czeluść jamy ustnej pacjenta.
- Ale zaczerwienienie. Mars!!! Ależ wyraźny . Nawet widzę wulkan Olympus Mons i dolinę Valles Marineris . Dwa małe księżyce schowały się frywolnie za górna szóstką.
O k …, jak pięknie ukazał się Jowisz i jego Wielka Czerwona Plama. Cudownie.
         Dentystka wpadła w podniecenie i z jeszcze większym animuszem przystąpiła do penetracji jamy ustnej. Wyciągnęła z szuflady lunetę. Zagląda do wnętrza pacjenta.
- Ależ piękne planetoidy, Ceres, Westa i Hygieia. Jest i Wielki Wóz. Na nowo polakierowany. Warszawskie tablice rejestracyjne. Widziałam podobne pod Kurią. Coś przeleciało.. Gwiazda betlejemska. Ooo… Są ..Trzej Króli.. Nietrzeźwi . Czuć „Soplicą”. Neptun !!!! Cudowny. Zaraz dostanę orgazmu. Na jego największym księżycu Trytonie dymią jeszcze gorące gejzery. Chyba skorzystam i odgrzeję przy okazji pierogi.
         Zmierza w kierunku kuchni. Z lodówki wyjmuje pierogi i przyprawy. Zbliża się do pacjenta.
- Zjesz ze mną ? Bo nie wiem ile wsypać ?
Pacjent nawet jakby schował się pod fotel to i tak nie ukryłby swojego przerażenia. Odebrało mu mowę. Nie mógł zaprotestować. Dentystka wsypała kilka pierogów w jego gardziel.
- Jakiś mały ten gejzer- wyszeptała ze złością.
Pacjent z niemałym trudem przełknął te pierogi. Wyraźnie mu nie smakowały. Pobladł strasznie.
- O k... !!! Pomyliłam półki w lodówce. Te pierogi miały być dla psa.

Młody człowiek nie mógł już więcej wytrzymać. Eksplodował. Dziwaczne były to torsje. Na podłodze gabinetu pojawiły się i pierogi i gwiezdny pył i dwa księżyce Jowisza. Oczy pacjenta zrobiły się żółte. Targnęły nim konwulsje, a potem gigantyczne wymioty. Z jego jamy ustnej wydobyły się trzy postacie. Dentystka podeszła do nich.
- Trzech Króli. ? Przecież jeszcze świąt nie było.

Tak to jest proszę państwa jak patrzy się w niebo bez znieczulenia. Na gwiazdy tym bardziej.



Szewcy a właściwie szewcowie

                     Czas i tramwaj zatrzymały się w tym miejscu. Stopy ludzkie też. Warsztat szewski „ Od stóp do głów” znajdował się, choć precyzyjniejszym określeniem byłoby znajdywał się, w secesyjnej stołecznej kamienicy przy ulicy Dowolnej. Prowadził go jowialny jegomość o tradycyjnym nazwisku Słuchaj. Radość życia wystawała mu wręcz z butów, z jego butów, bo z tych , które stały za nim na półkach, wystawała pustka lub słoma. Słuchaj używał specyficznej zawodowej gwary, czyli mieszał przekleństwa z terminami takimi jak : flek, obcas, podeszwa, podpodeszwa (brandzel), otok, ściółka (wyściółka), przyszwa, podszewka, obłożyna, cholewka, język, zapiętek, sznurowadło. Szczególnie wyraźnie wypowiadał bezokolicznik „płacić”, zawsze trzymając młotek w ręku. Nie musiał powtarzać.
                   Właśnie trzymał młotek w ręku, a jego klient pośpiesznie przeszukiwał swoje kieszenie, gdy otworzyły się drzwi warsztatu i stanął w nich wielki drab. Fakt, że poruszał się na dwóch nogach, budził podejrzenia, iż był to człowiek. Choć Słuchaj miał wątpliwości, ponieważ budowa wchodzącego mężczyzny przypominała buldożer, a na jego karku spokojnie można by postawić całą zastawę stołową.
- Witam!!! Szef kazał zostawić buty u szewca na Dowolnej. Więc zostawiam. Nie pytać mnie o nic! - głosem jak samochód ciężarowy oznajmił osiłek, położył parę ładnych butów na ladzie i wyszedł. Zrobiło się przestronnie i luźno. Klient ze strachu zapłacił po raz drugi i uciekł. Szewc wziął parę męskich butów do ręki, powąchał, zajrzał do środka.
- Testoni!!! rarytas…robią je dla najbogatszych. Ręczna robota, ekskluzywne wykończenie, pozłacane i wysadzane diamentami klamry. Rewelacja. Po co trafiły do mnie ? Są w dobrym stanie. Jeszcze dokładniej je obejrzę. Dziwne, dziwne, osobliwe.
Słuchaj starannie obejrzał obuwie. Flek prawego buta lekko się odklejał. Oderwał go. Zdziwił się . Pod flekiem była malutka złożona karteczka. Rozłożył ją i głośno przeczytał.
- 22 334 345 Dzwoń i Słuchaj !
Zdębiał, a raczej zbuciał. Myśli w jego głowie kłębiły się teraz jak długie sznurowadła.
- Nic złego nie zrobiłem. Naprawię te buty i zadzwonię. To jedyny sposób, aby się dowiedzieć.
Dorobił fleka i przykleił go klejem własnej produkcji. Pracował nad nim prawie całe życie. Był tak mocny, że przykleił się nim kiedyś do soboty i tak trwali razem kilka dni, ale pił tylko szewc, jak to szewc zresztą. Buty Testoni i klej Słuchaja byli siebie godni.
Słuchaj wydobył drżącymi rękoma telefon komórkowy i wystukał na klawiaturze numer z kartki. Pojawił się sygnał. Prawie od razu ktoś odebrał.
- Słuchaj ….to ważne, co mówię- powiedział głos ostry jak nóż szewski
- Skąd się znamy ?- nieśmiało zapytał Słuchaj.
- Nie przerywaj, tylko słuchaj !
- Słucham .Ja Słuchaj słucham.
- Słuchaj, chłopcze, nie rób ze mnie idioty ! Ile chcesz kasy ? Szef kazał dać Ci stówę zaliczki.
- To za dużo jak na tak drobną naprawę- z wrodzoną skromnością rzekł szewc.
- Drobną ? Rzeczywiście jak za obucie premiera to drobna. Chcesz w zielonych, w euro..?
- Dobra wezmę tę stówę, po polsku.. premiera ?
- W jakich banknotach ? w dwusetkach ?
- Stówę w dwusetkach ?
- Słuchaj chłopcze, nie rób ze mnie idioty. Zaraz będziesz miał kasę. Podaj adres.
- Dowolna 16
- Siemka…działaj..
Nieznajomy zakończył rozmowę, a szewc wpadł w osłupienie. I trwał tak w tym błogim stanie, aż wyrwało go z niego pukanie do drzwi.
- Proszę wejść !- powiedział
Nikt nie wszedł, więc Słuchaj wyszedł. Na schodkach znalazł reklamówkę z napisem Cepelia. Wrócił do warsztatu. Otworzył reklamówkę i zemdlał.
Po jakimś czasie otworzył oczy. Nad nim klęczał reanimujący go osiłek. Miał tak potężny oddech, że ocucił szewca i odświeżył cały warsztat wymiatając kurz, pajęczyny i drobne śmieci.
- Zrobione buty ? – powiedział drab w języku zbliżonym do polskiego, tzw.  język polski z lotu ptaka.
- O tak.
- Dawaj je !!!
Słuchaj pokornie wręczył buldożerowi parę tajemniczych butów. Ów poklepał szewca po ramieniu. Zapewne miał to być przyjacielski gest i najprawdopodobniej takim był, lecz wywołam przelot szewca do najodleglejszego warsztatowego kąta.
- Przepraszam – wycedził niechętnie drab - od tygodnia nikogo nie poturbowałem, mam niewyważoną rękę. Ale dumny jestem ze swojego talentu do bandytyzmu. Uciekam. Jeszcze tu wpadnę.
Słuchaj ledwo doszedł do siebie. W toalecie obmył twarz zimną wodą, podniósł głowę i spojrzał w wiszące nad zlewem lustro. Postarzał się dziś o kilka lat. W worki pod jego oczami można by napisać kilogram cukru.
- Dosyć na dziś, wracam do domu.
Reklamówkę z pieniędzmi schował do toalety, zamknął drzwi i zanurzył się w stolicę.
Obudził się we własnym łóżku. No nie całkiem własnym , bo zostały mu jeszcze dwie raty do zapłacenia . Śniły mu się jak zwykle buty. Nawet erotyczne sny miewał z obuwniczym podtekstem, na przykład kopulował z żeńskimi białymi kozakami, lub „japonkami” klepał po tyłku sąsiadkę gotującą w tym czasie ryż. Jego całe życie to były buty. Nawet na żonę wybrał sobie kobietę o nazwisku Cholewa. Oczywiście była, a nawet musiała być głupia jak but.
           Wstał z łóżka. Na stole stało przygotowane śniadanie. Żona poszła już do swojej pracy. Nie myślał nawet o niej, jak to sobie tłumaczył, nie robi tego z powodu ochrony danych osobowych. Zrobił sobie kawę i włączył telewizor. Zasypano go gradem informacji z kraju i ze świata, jakaś piosenkarka zawyła mu do ucha, pogodynka przypomniała mu, że mieszka na Mazowszu, a pan od sportu powiedział, że najlepszą polską drużyną piłkarską jest Borussia Dortmund. Przełączył na inny kanał i pewna informacja przykuła jego uwagę.
- Przed chwilą zginął w wypadku samochodowym nasz premier. Okoliczności jego śmierci bada policja i prokuratura. Zastanawiający jest fakt, iż prawy but marki Testoni przykleił się do pedału gazu.
Słuchaj znowu pobladł. Jego mózg zareagował jak na uderzenie szewskim młotkiem. Połączył zdarzenia i wyrazy: Testoni, premier, klej, drab, reklamówka z pieniędzmi. Przeraził się. Został wplątany w dość dramatyczną sytuację. Pomyślał o policji i przesłuchiwaniach. Ubrał się szybko i wybiegł z domu.
- Muszę koniecznie ukryć albo wyrzucić ten klej - powtarzał sobie w myślach.
Wpadł do warsztatu. Chwycił puszkę z klejem. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Słuchaj z przerażeniem odebrał połączenie. Głos ostry jak nóż szewski zakomunikował- Świetna robota !! Zaraz dostaniesz resztę kasy !!!
- Odczepcie się ode mnie !!! Ja nic nie chcę – z desperacją krzyknął do słuchawki Słuchaj ale było już za późno . Głos odłożył słuchawkę, aż strach pomyśleć, jakimi rękoma.
Odezwał się dzwonek do drzwi. Szewc jak najszybciej podbiegł, aby otworzyć. U drzwi leżała dwa razy grubsza reklamówka niż wczoraj. Słuchaj szybko zamknął drzwi, zerknął do środka reklamówki. Zawierała same banknoty dwustuzłotowe. Schował ją szybko do toalety.
- Klej !!! Szybko zakopać gdzieś klej ! – powtarzał na głos.
Wziął puszkę z klejem wraz z łyżką do butów i wybiegł z warsztatu. Udał się w kierunku pobliskiego parku. Ruszył przez ulicę, tory tramwajowe, rozpychał ludzi na przystanku. Dotarł do parku. Wdarł się w jakieś krzaki.
- Świetne miejsce, tu zakopię klej- rzekł do siebie, tak jakby doszukując się w sobie wspólnika.
Spojrzał na puszkę z klejem.
- Tragedia !!! Zgubiłem pokrywkę, zgubiłem klej !!!
Bał się wracać tę samą trasą. Poszedł dookoła. Z daleka obserwował swój warsztat. Nikt się wokół niego nie kręcił. Wpadł więc tam szybko, wziął dwie reklamówki z pieniędzmi i pobiegł na najbliższy postój taksówek.
- Na Okęcie!!! Szybko!!!- krzyknął na kierowcę.
Pół godziny później siedział w samolocie do Buenos Aires. Był nawet z siebie zadowolony. Pieniądze trzymał pod pachą i marzył. Był ciekaw, co dzieje się ze sprawą premiera. Pasażerka obok przeglądała wiadomości na Onecie. Słuchaj zerknął. Oczy wyszły mu z orbit.
- Ruch na Mokotowie sparaliżowany . Tramwaje przykleiły się do szyn, do ulic przykleiły się samochody, na przystankach posklejali się z sobą podróżni. Wygląda to na terrorystyczny atak. Niecodzienna sytuacja.
Szewc zemdlał. Ocucił go tubalny głos stewardesy.
- Drodzy podróżni ! Chwilowo nie lecimy !! Samolot przykleił się do nieba.

Drodzy Państwo wznosząc się, nie zawsze można wylądować. Pamiętajmy o tym, zanim ziemię i innych nie stracimy z oczu.


Kuchnia włoska

-Tylko mnie nie pieprz !!!- półgłosem acz energicznie powiedział nieokreślony głos. Kazik zdębiał, zatrzymując energiczny zamach karafką z pieprzem.
-Co tak się gapisz? – pojawił się znowu niezidentyfikowany głos .
-Ewka!!! Nie wygłupiaj się- krzyknął Kazik w kierunku żony.
-Daj mi spokój, a właściwie – odwal się – warknęła.
Kazik był mocno zmęczony  kolejnym 12-godzinnym dniem pracy. Chciał już tylko zjeść, a potem rzucić się na łóżko. Na żonę rzucić się nie miał już siły. Zresztą seks przełożyli na bardziej dogodny termin, czyli jak skończy się sezon żużlowy. Kazik jako człowiek niezwykle sumienny i odpowiedzialny postanowił jak najszybciej spłacić raty za telewizor o największej w bloku przekątnej ekranu. Teraz siedzi nad wielkim talerzem makaronu z nieokreślonym sosem, a brunatne graniastosłupy rzucone kucharską łyżką kuszą go swoją wieprzowatością.
-Nie waż się mnie tknąć !!!- stanowczym tonem zaprotestował głos, gdy Kazik zbliżał widelec do talerza.
Zamilkł, popatrzył na żonę, nie odpowiedziała wzrokiem, więc subtelnie zajrzał pod stół. Nikogo tam oprócz jego nóg nie było. Wrócił więc wzrokiem nad stół.
-Co tu k...  jest grane ?- szeptem, przez zęby zapytał siebie.
-Pomyśl baranie, a nie tylko żużel, piłka i piwo – z przekąsem odezwał się głos.
Kazik zidentyfikował obszar, z którego pochodził. To był jego talerz. Popatrzył na Ewę i oświadczył :
-Jestem przemęczony , mam halucynacje, mówi do mnie talerz z makaronem, a ja tylko chciałem kulturalnie zjeść - i to nożem i widelcem.
Rozpłakał się. Żona podeszła do niego i objęła go serdecznie.
-Ja stygnę, a ich bierze na miłostki. - powiedział głos z talerza.
Ewa stanęła jak wryta. Jeszcze nigdy nie była tak wyprostowana. Pierś wypięła do przodu, usuwając tym samym jeden z guzików swojej żółtej bluzeczki. Guzik wystrzelił prosto w talerz.
-Mordercy !!! Zaraz zadzwonię na policję. Albo do włoskiej ambasady- talerz aż podskoczył z irytacji.
Ewa wytrzeszczyła oczy , w większym stopniu niż patrząc na 200 złotowe banknoty. Zamyśliła się.
- Wiem ! wiem ! rozpoznaję ten głos ! To ciotka Iwona.
- Przecież ona nie żyje od pół roku- pukając się w czoło odrzekł Kazik.
- Ewa ma rację. Bystra dziewczyna, ale męża ma głąba. Jestem ciotką Iwoną. Zimno mi. Wsadźcie mnie z powrotem do mikrofali- powiedział talerzowy głos.
- K...,  ja chyba śnię. Zasnąłem przy kolacji ? Jeszcze to stare próchno nawiedza mnie we śnie. Za co ?
- Nie śnisz . Ale należy Ci się opierdol za szperanie w torebce żony.
- Czego on tam szukał? Świnia ! - oburzyła się Ewka
- Szukałem pilota do telewizora- ze wstydem wydusił z siebie Kazik.
-Przecież wychodzi zanim wracasz z pracy- sarkastycznie zagrzmiało z talerza.
- Ciotka co, Ty pieprzysz ? Powiedz lepiej, co robisz na tym talerzu ? Dlaczego trafiłaś tu, a nie na przykład do piekła ?- zmieniła temat Ewka
-Wychodził ? Zadumał się Kazik.
- Reinkarnowałam się we włoski makaron albo we włoskim makaronie. Nie wiem jak to dokładnie brzmi, nie jestem przecież Kołakowski. Po mojej śmierci okazało się, że jest kilka religii, więc wybrałam buddyzm, ze względu na jego prostotę. Prostszy był tylko ateizm, ale nie było zbyt dużo chętnych ze względu na nikłe, wręcz żadne perspektywy po śmierci.
- Ale w makaron ? Ależ, ciotka, musiałaś nagrzeszyć ? Dlaczego nie zostałaś prezenterką telewizyjną?- z niesmakiem cedziła słowa Ewa
- Z nogami jak taborety można zostać tylko katechetką- dumny ze swojej ironii zripostował Kazik.
- Ewo, rzuć tego chama. Pilot jest w sam raz.
Po chwili.
-W ramach eksperymentu reinkarnujemy się w różne rzeczy, oczywiście ożywione. Żywność genetycznie zmutowana idealnie się do tego nadaje. Miałam do wyboru : kisiel, roszponkę i włoski makaron. 
- A jak ktoś Ciebie zje ?- rezolutnie , nietypowo dla siebie, zapytał Kazik.
- Wtedy wywołuję biegunkę .
- Nie tknę tego makaronu !! Nie jestem kanibalem !! Nie chcę też nocy spędzić w kiblu!! Zabieraj Ewka to żarcie. Dawaj konserwę !.
Żona z miną urzędnika państwowego zabiera talerz i wstawia go do mikrofali, szepcąc do makaronu -„szczęść Boże’. Z talerza wybrzmiewa gwizd, jakby na palcach. Ewa podchodzi do lodówki i pyta Kazika:
- Rybna, mięsna czy pasztet ?
- Pasztet mieliśmy przed chwilą. Dawaj Turystyczną. Zjem ją dziś za pierwszym podejściem.
Ewa stawia konserwę na stole przed Kazikiem. Ów jednym szybkim wprawnym ruchem otwiera . Rozchodzi się znany połowie polskich rodzin zapach, a za nim głos :
- K...,  pospać nie dadzą !!
Pochylają się oboje ostrożnie nad Turystyczną.
- Tatuś to Ty  ?



Skrzypienie

                       Mieszkał w starym domu. Właściwie nie wiem, czy powinienem zdradzać jego personalia. Nie wiem, czy tak naprawdę istniał, zresztą on też w ten fakt powątpiewał. Najbardziej oczywiste w tym wypadku jest skrzypienie. Wokół niego zbudowała się rzeczywistość. Czyżby była koncentryczna ?
                      Wróćmy do naszego bohatera i dla dobra sprawy nazwijmy go Drzwizytorem. To znakomicie oddaje jego status i powagę sytuacji. Jest jeszcze nadbohater, czyli wspomniane skrzypienie. Nadbohater nie musi robić nic, po prostu jest. Między bohaterem a nadbohaterem są drzwi. Drzwi też między innymi są do zamykania. Ale to są inne drzwi. Drzwi generalnie wymyślono dlatego, że człowiek miał już dość pukania się w czoło.
                    Drzwizytor chętnie korzystał z usług świadczonych mu przez drzwi. Zazwyczaj służyły mu raczej do otwierania niż do zamykania. Najczęściej otwierał je podczas rozmów telefonicznych, aby odwrócić lub zwrócić uwagę interlokutora. Jego rozmówcy i goście byli  zachwyceni odgłosami wydawanymi przez drzwi. „Mowa „ drzwi był bardziej zrozumiała od mowy Drzwizytora. Drzwi od kilku lat emitowały skrzypienie. Drzwizytor uważał dźwięki wydawane przez drzwi za coś podniosłego i zaszczytnego. Był melomanem, grał też na kilku instrumentach, miał gdzieś w domu ( tak twierdził ) klucz wiolinowy, najprawdopodobniej w skrzynce z narzędziami. Słuch i gust muzyczny miał przyzwoity , na tyle aby odróżnić Bacha od Violetty Villas, przynajmniej po włosach.
                    Pewnego dnia, przypuszczalnie wiosennego, obudził się w nim, celowo piszę w nim, a nie w jego głowie, niesłychanie szalony pomysł skomponowania i nagrania kilku utworów na drzwi i ich skrzypienie. Zaczął od prostych form, czyli etiud. Sprawnie mu nawet poszło. Podobnie osobliwie, jak osobliwy był instrument, nazwał swoje utwory np. Dla trzustki, Po drzemce, Nie słuchaj, itp. Płytkę z nagraniami wysłał do kilku znanych i liczących się wytwórni płytowych. Po jakimś czasie dostał od nich odzew w postaci adresów Poradni Zdrowia Psychicznego i producentów stolarki drzwiowej. Traf chciał, choć kto jak kto nie powinien, że właścicielka wielkiej wytwórni przygnieciona głęboką depresją, przed nałykaniem się kolejnej porcji pigułek nasennych posłuchała etiudy pt. Warto żyć. Etiuda zaczynała się kopaniem w drzwi, a potem szybkim ich otwieraniem i zatrzaskiwaniem tzw. Presto con forza. Potem następowało ritardando i powolne otwieranie skrzypiących drzwi. Zgrzyt stawał się nie do zniesienia. Właścicielka wytwórni zawyła. Wyła głośniej niż  zgrzytały drzwi. Owo wycie naruszyło, czy raczej pobudziło, pracę jej neuroprzekaźników, synaps, płatów czołowych i hipokampu. Poczuła się zdecydowanie lepiej. Odtworzyła sobie jeszcze utwór  pt. Pod jądrami. Skrzypienie miało tam podział szesnastkowy, a potem imitowało pierdnięcie. Była wprost zachwycona i rozanielona.
- Nie, nie mogę tego tak zostawić !! Ta płyta zachwyci wszystkich !! Ozdrowiałam !. W dupie mam teraz psychoterapeutów ! Niech żyje Drzwizytor !!!
                   Płyta ukazała się w sklepach za niecały miesiąc. Wielka akcja promocyjna zachęcała do zakupu płyty, która była dodatkiem do znanego periodyku „Filatelista". To był celowy zabieg. Co tydzień miała się ukazywać z innym tygodnikiem. Zresztą ich zawartość była taka sama. Płytę reklamowały gwiazdy estrady i filmu. Nawet Prymas Polski uznał tę płytę za płytę sprzyjającą modlitwie i ekspiacji. Przygotowano też promocyjną trasę koncertową. Drzwizytor był szczęśliwy. Zresztą na swoje drzwi zawsze mógł liczyć. Nie zawiodły go do tej pory . Zawsze zawodziły go kobiety i zawodzili przyjaciele. Nawet zaczął myć je częściej (drzwi, nie kobiety i przyjaciół ), nie tylko na święta. Promocyjny koncert odbył się w Sali Kongresowej. Nawet Prezydent naszego kraju wysłuchał koncertu z rozdziawionymi ustami. Muzyka dobywająca się ze sceny nie pozwalała nie tylko zasnąć, ale ani umrzeć, ani myśleć, ani żyć. Niebywałe. Dawno żadna twórczość nie wzbudzała takich emocji, nie rwała trzewi, nie gniotła dusz i umysłów.
                  Drzwizytor stał się sławny. Koncertował po całym świecie. Spotkały go nagrody i zaszczyty. Lutnicy zaczęli wyrabiać skrzypiące drzwi i to w każdej tonacji. Producenci drzwi zaczęli zarabiać krocie. Każdy meloman chciał mieć w swoim domu drzwi, na których mógłby pograć. Inni muzycy próbowali gry na tym instrumencie, na konserwatoriach powstały nawet wydziały skrzypiących drzwi. Medyczne badania wykazały, że skrzypienie leczy depresję i wiele innych psychoz i nerwic. Psychoterapeuci i psychiatrzy musieli więc pójść do pracy na roli. Zapanowała moda na skrzypienie. Nawet pieczywo już nie chrupało, lecz skrzypiało, woda też zamiast pluskać zaczęła skrzypieć, chrapanie można było zamienić na skrzypienie, seks uprawiało się na skrzypiących łóżkach, zabezpieczając się skrzypiącymi prezerwatywami, itp. Oczywiście, skrzypienie było dobrem luksusowym, dostępnym dla tych co mają i chcą mieć. Skrzypienie w biedniejszych domach było zakazane i traktowane jak kradzież lub przemyt.
             Po kilku latach Drzwizytor był już zmęczony sukcesem, bogactwem i popularnością.  Drzwiom było już to chyba obojętne, zresztą podupadły trochę z dala od swojego naturalnego środowiska. Podczas galowego koncertu w Sylwestrową Noc wypadły z zawiasów. Po założeniu już nie skrzypiały. Drzwizytor objął je i zapłakał.
- Wracamy do domu !!! Na skrzypieniu świat się nie kończy .
           Wrócili do rodzinnego domu . Drzwi wstawiono z futryną na swoje miejsce. Zaczęły znowu skrzypieć. Drzwizytor jednak myślami był gdzie indziej. Zauważył, że intrygująco , wręcz amoroso,  mlaska przy jedzeniu. I tak zrodził się Mlaskozytor  .
            Nowe wyzwania trzymają nas przy życiu. Ale nie będę używał mlaskających prezerwatyw.




Ogłoszenia niedrobne
Usługi ;

- świecę przykładem 15 zł/kilowat

- podejmę szereg inicjatyw –cena za metr bieżący

- uniosę ciężar każdej sławy (od kilograma)..dla anorektyczek zniżka !!!!!

- wskażę miejsce gdzie można zrzucić bagaż doświadczeń

- recydywista podzieli się doświadczeniem w ramach pomocy humanitarnej

- kryminalista o nienagannych manierach pomoże pokonać tremę

- wróżę świetlaną przyszłość z banknotów 200 złotowych

-  wprawię w osłupienie ..cena za metr wysokości

-  regeneracja staników …od rocznika 1992 w górę

-  wylewamy posadzki w poziomie

-  student medycyny wymuruje ściany w pionie

-  dmuchanie !!!! serwis czynny całą dobę ..przed usługą prosimy o dostarczenie aktualnych badań  lekarskich

-  wytłumaczę powabnej gospodyni domowej instrukcję używania sprzętu AGD

-  woźny szkolny dysponujący własnym dzwonkiem poszukuje pracy

-  emerytowany pracownik socjalny nauczy pisania donosów

-  czynny alkoholik  podejmie się nauki prowadzenia uszkodzonych pojazdów mechanicznych

-  zwolnienia lekarskie ..w różnych kolorach i o różnej długości poleca Spółdzielnia Lekarska „Tętno”

-  foniatra oduczy szczekania –dla kobiet zniżka!!!

- oferuję fachową pomoc w przetrwaniu hospitalizacji
w lidzbarskim szpitalu

-  nauka kreatywnego żebrania ( zbiórka co niedziela pod Katedrą)

-  nauka asertywności dla jąkających się (prosimy nie dzwonić do nas !!! )

-  kognitywno-penisyjna  terapia dla zdradzanych mężatek

- trwonię czas w godzinach pracy!!! –(referencje! urzędnik  państwowy)

-  zaopiekuję się polisą ubezpieczeniową

-  organizujemy 1-dniowe wycieczki do Chin

- wzbudzam aplauz ( w gumowych rękawiczkach)

-  zagrzewam do walki  (dla mniejszości narodowych zniżka)

-  potęguję rozpacz  ( najwyżej do czwartej potęgi)

-  uczę wzlotów i upadków w ramach sztuki walk Wschodu

-  zdeterminowana  nauczycielka obrywa uczniom uszy 
  (posiadam certyfikat MEN)

-  kucharz z włoskiej restauracji pomoże odpłatnie
   przyprawić rogi

-   służę towarzystwem podczas zbierania grzybów  (zginanie się wykluczone ze względu na ischias)

-  wysnuwam wnioski i konkluzje –cena w zależności od długości

- wyreżyseruje każdą rodzinną scenkę powrotu nad ranem do domu

-  wpadnę w podziw nad zaletami solenizanta na imprezach okolicznościowych

-  zbijam z pantałyku  podejrzliwych

-  zepchnę nogą  z łóżka wskazaną przez klienta kobietę

-  były polityk społecznie pocałuje kogoś w dupę

-  coniedzielne rodzinne przejażdżki karawanem –tanio i przede wszystkim wygodnie

-  wywóz szamba … do każdej beczki gratis tomik poetycki

- kursy lewatywowania  w każdym języku

- Zakład  Składania życzeń noworocznych  poleca swoje całodobowe usługi

- oaza religijna prowadzi warsztaty dotyczące chodzenia po wodzie

-  rozwiewam złudzenia i puszczam wiatry  ..do wyboru-ciepłym lub zimnym powietrzem. Atest Instytutu Meteorologii ! !!!

-  jestem w stanie zawieść każdego !!! Udzielam rękojmi

-  organizujemy wyprawy krzyżowe do Afganistanu! Prosimy o przybycie (z własnym mieczem) pod wskazany adres !

-  lekcje języka aramejskiego … wejście od zaplecza rzeźni

-  ostrzenie noży ,szpad, siekier, szpadli i nauka fechtunku
   adres ; Zakład Karny w mieście N.

- komponuje hymny państwowe.. proszę o szybki kontakt ze względu na mnogość  zamówień

- zaoczne szkoły podstawowe dla policjantów i samorządowców  ..casting w każdą środę