Arnika Głąb
Magiczny wywar z planety waty cukrowej

                           Zobaczyłam go. Stał przy klasie od matematyki. Czekoladowa grzywka delikatnie przysłaniała jego oczy. Wyglądał naprawdę uroczo. W pewnym momencie roześmiał się na głos. Jego szeroki uśmiech spowodował, że moje serce zabiło szybciej. Z zaczerwienionymi policzkami przeszłam obok niego, dyskretnie zerkając na jego radosną twarz. Kiedy znalazłam się kilka kroków za nim, odetchnęłam z ulgą i nabrałam energii na resztę doby. Dzień, w którym nie mogłam go zobaczyć, był dniem straconym. Dziarskim krokiem, wróciłam pod salę, w której zaczynała się moja następna lekcja. Przyszłam w momencie, kiedy nauczycielka polskiego otwierała klasę. Podbiegłam do mojej jasnowłosej przyjaciółki. Spojrzała się na moją radosną minę i z rozbawieniem pokręciła głową.
- Widziałaś?- zagadnęła Marcelina.
- Widziałam.- odpowiedziałam jej z głupkowatym uśmiechem błąkającym się po ustach.
Weszłyśmy do sali i usiadłyśmy w ławce. W Macieju podkochiwałam się już od pierwszej klasy gimnazjum. Był moim ideałem! Wysportowany, przystojny, sympatyczny i z dobrym stylem. Mimo że mi się podobał, jeszcze ani razu z nim nie rozmawiałam. Nigdy nie było okazji.
Lekcja polskiego strasznie mi się dłużyła. Pani mówiła coś o zdaniach złożonych podrzędnie i współrzędnie… Chyba. Kiedy tylko rozległ się dzwonek, zerwałam się z miejsca, pośpiesznie wrzuciłam książki do plecaka i wybiegłam z klasy razem z Marceliną. Miałyśmy doskonały plan. Gdy tylko zauważyłam obiekt moich westchnień, zwolniłam.
- Jak wyglądam?- zapytałam przyjaciółki. Spojrzał się na mnie, złapała się za brodę i z miną znawcy odpowiedziała:
- Źle.- zamarłam, by po chwili zacząć panikować.
- C-co? Jak to?! Prze -…- urwałam, gdy zobaczyłam złośliwy uśmiech blondynki.
- Wyglądasz ślicznie.- zaśmiała się i poklepała mnie po włosach. Zrobiłam obrażoną minę. Zero wsparcia.
- Czas iść! Dalej, dalej!- zawołała Marcelina i popchnęła mnie do przodu. Wzięłam głęboki oddech, wyprostowałam plecy i ruszyłam przed siebie płynnym krokiem. Serce dudniło mi w uszach, a na policzkach prawdopodobnie wykwitły rumieńce. W momencie, gdy Maciej stał metr ode mnie… przewróciłam się z wielkim hukiem. Uderzyłam czołem w twardą posadzkę i rozpłaszczyłam się na płytkach. Wszystko wokół umilkło. Nagle ktoś złapał mnie za ramię i delikatnie pomógł mi podnieść się do siadu. Uniosłam załzawione oczy.
- Ale glebę zaliczyłaś! Wszystko w porządku?- zapytał… Jakiś dziwny chłopak z wielkimi okularami!
- Nie!- krzyknęłam i zaniosłam się płaczem. Nic nie jest w porządku!
- Kuba… Nie umiesz obchodzić się z kobietami.- westchnął Maciej, który kucał obok niego. Momentalnie przestałam szlochać.
- Chodź. Zaprowadzę cię do pielęgniarki.- powiedział mój ideał, po czym wstał i wyciągnął do mnie rękę. Z szeroko otwartymi ustami złapałam go za dłoń i podciągnęłam się niezdarnie. Czaszka strasznie mnie bolała, więc chcąc nie chcąc, zachwiałam się. Upadłabym, gdyby nie silne ramiona Macieja obejmujące mnie w pasie.
- Powolutku.- szepnął brunet. Pokiwałam gorliwie głową. Co tylko zechcesz.
Wolnym tempem dotarliśmy do pielęgniarki, po drodze swobodnie rozmawiając. Chłopak zapukał do drzwi i po zagłuszonym ,,Proszę!’’ weszliśmy do środka. Gabinet był praktycznie cały biały, jedynie gdzieniegdzie  występował jasnozielony kolor. Przerażające.
- Co się stało?- spytała kobieta w średnim wieku. Siedziała akurat za biurkiem, ale zobaczywszy nas (NAS! Jak to pięknie brzmi!), uniosła się z siedzenia. Pewnie z powodu wielkiego guza zdobiącego moje czoło - albo po prostu stwierdziła, że wspaniale razem wyglądamy i musiała wstać z zachwytu.
- Uderzyłam się w głowę.- mruknęłam cicho.
- To widzę.- rzuciła sarkastycznie piguła.- W jaki sposób?
- Przewróciła się.- odpowiedział Maciej, spoglądając na mnie z pocieszającym uśmiechem.
- Osz, ty niezdaro jedna!- jęknęła pielęgniarka i zaczęła szukać czegoś w apteczce.
- To nie moja wina!- zawołałam z jawnym oburzeniem.
- To czyja?- dwie pary oczu z zaciekawieniem zwróciły się w moją stronę. W odpowiedzi zacisnęłam usta w wąską linię i skrzyżowałam ramiona. Po pomieszczeniu rozniósł się dźwięczny śmiech bruneta. Słysząc go, nie mogłam pozostać obojętna i, mimo wewnętrznej walki, szeroko się uśmiechnęłam.
Wychodząc z gabinetu pielęgniarki, czułam, że wyglądam komicznie z wielkim plastrem na czole, bo towarzyszący mi chłopak cały czas spoglądał na mnie i chichotał. Postanowiłam zrobić pierwszy krok.
- Co powiesz na kawę? Oczywiście w ramach podziękowania!- zaproponowałam z ponownie całymi czerwonymi policzkami.
- Nie lubię kawy.- Maciej skrzywił się i wzdrygnął.
- Herbatę?
- Nie pijam.
- Sok?
- Za słodki.
- Wodę?
- Ble… Bez smaku!
- Eee… Ciastko? Albo frytki?
- Dobra.
Mój Boże… Chłopacy są tacy wybredni.
- Kiedy?- zapytałam.
- Jutro? Znam świetną knajpkę.
- To jesteśmy umówieni.- uśmiechnęłam się.

* * *
Czekał na mnie przed szkołą. Oparty o płot wyglądał wspaniale. Skórzana kurtka idealnie komponowała się z jego granatowymi spodniami i czekoladowymi włosami. Niesamowite, co miłość może zrobić z człowieka. Wszystko, co jest w pobliżu Macieja, wydaje mi się cudowne. Nawet ogrodzenie, o które się opiera, jest piękne, a trawa, na której stoi, powinna być ogrodzona i pokazywana na wystawach. Już wymyśliłam hasło reklamowe, kiedy z zadumy wyrwał mnie ciepły głos.
- Dzień dobry pani!- zorientowałam się, że stałam już obok chłopaka.
- H-hej.- zająknęłam się zdenerwowana. Idę zjeść ciastko (albo frytki) z miłością mojego życia! Jakkolwiek głupio to brzmi, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.
- To gdzie idziemy?- zagadnęłam, kiedy przekraczaliśmy granicę szkoły.
- Niespodzianka.- odpowiedział Maciej, uśmiechając się zagadkowo.
- No to chociaż powiedz, czy to daleko?- zapytałam, chcąc podtrzymać rozmowę.
- Kawałek. Lubisz spacery?
- Uwielbiam.
W trakcie drogi sporo się o nim dowiedziałam. Chociażby że jeśli chodzi o jedzenie, to nic nie lubi. No może z wyjątkiem frytek, ciastek, sushi i szpinaku. Jego ulubionym kolorem jest ,,malinowo-jagodowy’’. Nie miałam pojęcia, że taki istnieje i w sumie nie wiem nawet, jak on wygląda. Czemu nie mógł powiedzieć fioletowy? A i pija przeważnie ,,wodę z nutką cytryny”. Problemowy facet. Ale… i tak go kocham.
- Ta-dam!- wykrzyknął Maciej i wskazał ręką na małą restauracyjkę. Nad głównym wejściem znajdował się daszek podpierany dwoma drewnianymi kolumnami. Cały budynek sprawiał wrażenie, jakby został żywcem wyjęty ze starej książki o kowbojach. Kiedy weszliśmy do środka, pierwsze na co zwróciłam uwagę był zapach. Pachniało domowym obiadem. Wystrój wnętrza utrzymywano w kasztanowo-pomarańczowych barwach. Porozrzucane po pomieszczeniu stoliki przyozdabiały kolorowe obrusy. Najciekawsze było to, że zamiast krzeseł poustawiane były kanapy i fotele. W lewym kącie restauracji stał barek, za którym krzątała się jakaś dziewczyna. Koło półek z alkoholem znajdowały się drzwi, zapewne prowadzące do kuchni. W knajpce było tylko kilka osób. Nagle poczułam palce zaciskające się na moim nadgarstku.
- Tam jest najlepsza miejscówka.- oznajmił radośnie Maciej i pociągnął mnie za rękę. Dotarliśmy do stolika położonego w ciemnym kącie i usiedliśmy przy nim.
- Wybieraj, co tam tylko chcesz. Polecam wszystko.- uśmiechnął się brunet i sam zanurkował w karcie dań. Przejechałam palcami po okładce menu. Wykonana była z drewna, na którym wyrzeźbiony został jednorożec. Zaśmiałam się cicho, po czym podążając śladami mojego towarzysza, otworzyłam jadłospis. Dania tutaj miały naprawdę dziwne nazwy. Załóżmy ,,wulkaniczny kucyk” oznaczający naleśniki z truskawkami i bitą śmietaną. Albo ,,tęczowy cud’’, czyli jakieś mięso, frytki i surówki w 7 kolorach. Chociaż ,,magiczny wywar z planety waty cukrowej’’ podbił moje serce. Był to… sok wiśniowy.
- OK. Już wiem.- powiedziałam, rzucając Maciejowi zadowolone spojrzenie.
- Mhm… Ja chyba też.- mruknął, zamknął menu i spojrzał na mnie. - Podoba ci się tu?
- Bardzo. Najlepsze są te nazwy.- zaśmiałam się, stukając paznokciem w jednorożcową książeczkę.
- To poczekaj, aż dostaniesz jedzenie! Smakuje lepiej niż się nazywa.
Nagle obok naszego stolika pojawiła się krótkowłosa dziewczyna.
- Podać coś?- zapytała znudzonym głosem. Uniosłam głowę i zmierzyłam ją wzrokiem. Ubrana była w ciemnoczerwoną bluzkę z napisem ,,Kobranocka” i skórzane spodnie. Czarne kosmyki zaczesane miała do tyłu tak, że żaden nie opadał na jej twarzy. Przyjrzałam się uważniej i spostrzegłam, że nosi kolczyk w brwi.
- Co się gapisz?- warknęła w moją stronę. Skrzywiłam się. Nie dość, że wygląda okropnie, to jeszcze problemy robi.
- Przepraszam, o wielka królowo, że spojrzałam na twe boskie oblicze.- prychnęłam ironicznie.
- Wybaczam.- rzuciła z wyzywającą  miną. Już chciałam jej odpowiedzieć, lecz wyprzedził mnie Maciej.
- Sandra! Miałaś być miła!
Nieznajoma westchnęła i sztucznie się uśmiechnęła.
- Podać coś szanownemu państwu?- zapytała przesłodzonym głosem.
- Ja poproszę ,,magiczny wywar z planety waty cukrowej’’.- zwróciłam się do czarnowłosej z uśmiechem, chcąc zakopać ten topór pomiędzy nami. Niesamowite… Znam ją od kilku minut, a już prawdopodobnie mnie nie lubi. To się nazywa dar!
- Dobra.- najwyraźniej zrozumiała do czego zmierzam, bo wzruszyła ramionami i zwróciła uwagę na bruneta.- A ty?
- ,,Gorzką prawdę’’.
- Zaraz przyniosę.- powiedziała, a następnie odwróciła się i poszła w kierunku barku.
- Sorry za nią. Ona już taka jest.- zaczął Maciej, patrząc w ślad za kelnerką.
- Nic się przecież nie stało. Skąd się znacie?- zapytałam z ciekawością.
- Przychodzę tu już od… 2 lat. Znam cały tutejszy personel.
- A co to jest ,,gorzka prawda’’?- przypomniałam sobie, że w menu nigdzie nie widziałam takiej nazwy.
- Sama zobaczysz. Słyszałaś może o Disturbed? Taki zespół…- zaczął, lecz nie dane było mu dokończyć.
- To mój ulubiony!

* * *
Gorzka prawda okazała się babeczką z nadzieniem-niespodzianką. Maciejowi akurat trafił się seler... Do słodkiej muffinki… Mniam. Za to mój magiczny wywar z planety waty cukrowej był przepyszny!
- Daleko masz do domu?- zapytał mnie brunet.
- Z 5 kilometrów?- zaśmiałam się widząc jego zdziwioną minę.- A ty?
- Za rogiem.- powiedział z szerokim uśmiechem.
- Dobrze, że chociaż obok jest przystanek.- westchnęłam, podchodząc do rozkładu jazdy autobusów.- Za 15 minut mam busa.
- To poczekamy sobie.- oznajmił chłopak i usiadł na krawężniku.
- Świetnie się dzisiaj bawiłam. Trzeba to kiedyś powtórzyć.- zaproponowałam z cichą nadzieją, że się zgodzi.
- Jasne, że tak! W końcu ktoś słucha tego co ja!
Roześmiałam się. Miałam wrażenie, że jest mi tak jakoś lekko. Na początku byłam strasznie zawstydzona, ale w tym momencie czułam się w pełni zrelaksowana.
- A właśnie. Daj swój telefon.- Maciej wyciągnął w moją stronę dłoń i wyczekująco uniósł brew. Bez słowa sprzeciwu oddałam mu komórkę. Kiedy tylko ją złapał, odwrócił się do mnie plecami. Po dłuższej chwili oddał mi urządzenie z powrotem. Spojrzałam na wyświetlacz. Nad wpisanym numerem widniało tak uwielbiane przeze mnie imię.
- Za tydzień?
- Ta sama godzina i to samo miejsce?- upewniłam się.
- O ile będziesz chciała.- powiedział brunet, spoglądając w niebo.
- Oczywiście, że chcę.- rzekłam, również unosząc wzrok.
- Patrz! Tamte gwiazdy wyglądają jak kot!- zawołałam, uderzając chłopaka w ramię.
- Gdzie?!- wykrzyknął podekscytowany.
- Tam!

* * *
Po naszym pierwszym spotkaniu widywaliśmy się średnio dwa razy tygodniowo. Zawsze w tamtej kafejce, zawsze z magicznym wywarem z planety waty cukrowej. Chyba się od niego uzależniłam.
Nareszcie postanowiłam wyznać Maciejowi uczucia. Zbierałam się na ten dzień od kilku tygodni. Przegadałam z Marceliną setki godzin, podczas, których dokładnie analizowałyśmy mój plan. Na początku mieliśmy iść do ,,jednorożcowni’’, jak to nazwaliśmy z brunetem naszą knajpkę. Tak więc czas działać!
- Hejka! To co, idziemy?- zawołał Maciej, widząc mnie z daleka.
- Taa…- mruknęłam roztargniona. Od kilku dni czasu mój umysł zaprzątały myśli: ,,Co, jeśli wyśmieje mnie? Co, jeśli uzna, że jestem dziwna? I głupia? Albo co, jeśli jest zakochany w kimś innym? Co, jeśli mnie znienawidzi? Co, jeśli…’’. Nie mogłam przez to „co” zasnąć!
- Wszystko dobrze?- zagadnął brunet, patrząc na mnie z troską. - Coś się stało?
- Nie.- warknęłam. Oczywiście, że nic się nie stało! Tylko właśnie chcę wyznać uczucia obiektowi mich westchnień.
- Skoro tak mówisz…- mruknął z urazą. Jeszcze tylko się obraź…
Idąc do naszego miejsca, praktycznie nie rozmawialiśmy. Chłopak  chyba wyczuł, że nie mam ochoty na pogawędkę o niczym. Po drodze rozglądałam się we wszystkie strony, chcąc chociaż na chwilę nie myśleć o zdarzeniu, które wydarzy się za kilkanaście minut.
Kiedy przechodziliśmy  obok  jednego z pobliskich domów, usłyszeliśmy dźwięki elektrycznej gitary. Sandrze by się podobało.
Od kiedy po raz pierwszy się spotkałyśmy, kontakty nam się ociepliły. Zaczęłyśmy częściej rozmawiać i okazało się, że czarnowłosa wcale nie jest taka zła. Krótko mówiąc…  Jest świetna. Dziwne, jak to łatwo ocenić kogoś po wyglądzie. Można tyle stracić.
- Idziesz dalej?- zawołał Maciej z rozbawieniem, stojąc kilka metrów za mną. Odwróciłam się. Nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy ,,jednorożcowni’’.
- No w sumie… nie.- roześmiałam się, nareszcie chociaż trochę się rozluźniając.
Weszliśmy do środka. Powitał nas cudowny zapach kawy i uśmiech Sandry. Siadając przy stoliku, postanowiłam, że nie będę czekać ani chwili dłużej.
- Maciej…- zaczęłam, spoglądając na chłopaka z powagą. Popatrzył na mnie i radość  spełzła mu z twarzy.
- C-coś się stało, prawda?- zapytał, bacznie mi się przyglądając. Kiwnęłam głową.
- Jesteś w ciąży?!- wykrzyknął z przerażeniem. Czekaj…
- Co?! Nie!- wrzasnęłam, zdecydowanie za głośno. Widząc ulgę na jego twarzy, uderzyłam się otwartą dłonią w czoło.
- Co ci po tej głowie chodzi?- jęknęłam załamana. Trzeba być geniuszem, żeby wpaść na taki pomysł.
- Wyglądałaś, jakbyś chciała mi oznajmić coś strasznego.- usprawiedliwił się brunet. Hm, Zaraz ci coś oznajmię, a czy będzie to straszne… Sam ocenisz.
- Wiesz… Podobasz mi się i ch-chyba cię kocham.- szepnęłam, chowając twarz w dłoniach. Czułam, że moje policzki zrobiły się gorące i przybrały ocień czerwonego buraka. Zajrzałam przez palce na chłopaka. Wyglądał na wstrząśniętego i smutnego.
- Ja nie byłam z tobą do końca szczery…- powiedział po dłuższej chwili milczenia. Ej, nie mów, że masz dziewczynę!
- Jestem… gejem.
Zamarłam. Tak jak moje serce. Kiedy przetrawiłam wypowiedziane przez niego słowa, w moich oczach zaczęły zbierać się łzy.
- Przepraszam.- szepnął, poczym wstał i delikatnie dotknął mojego ramienia.- To ja już pójdę.
Kiwnęłam głową, tępo wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział. To nie tak miało być. Wszystko jest jednym wielkim bałaganem. Czekałam na ten dzień tylko po to, żeby przeżyć coś takiego? To niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe! Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Ponownie schowałam twarz w dłoniach. Pozwoliłam sobie na cichy płacz. Nagle ktoś usiadł obok mnie. Objęło mnie czyjeś ciepłe ramię. Otworzyłam oczy.
- To co… Magiczny wywar z planety waty cukrowej?- zapytała Sandra.