Wiesław Adamski 
Irackie wspomnienia – Zuajta 

     Budzi mnie dźwięk zegarka, otwieram oczy, słyszę, jak w dach mojego metalowego kontenera bębni  deszcz. Fatalnie pomyślałem, przecież mam dziś wyjazd w teren, a tutaj taka pogoda. W zasadzie spodziewałem się, że będzie chłodno, przecież to marzec, iracka zima, ale nie sądziłem, że będzie lało. Wstaję, wychodzę na zewnątrz, deszcz wciąż pada, wieje zimny wiatr - nieomal wyrwał mi z ręki drzwi kontenera. Biegnę do łazienki oddalonej o 30 metrów, krótka toaleta i - znowu biegiem - powrót. Ubieram się, wzdycham - nie będzie dzisiaj łatwo, ale kto mówił, że będzie?
Energicznie maszeruję do stołówki. Jest godzina 6.30, nie ma kolejki, spokojnie wybieram potrawy, wyszukuję wolne miejsce, chociaż o takiej godzinie jest jeszcze w miarę pusto. Stołówka podzielona jest na dwa główne rzędy stołów, siadam z lewej strony.
Po śniadaniu idę do biura, jak nazywamy pomieszczenia naszego wydziału prasowo-informacyjnego. Jest 7.00 czas lokalnego, deszcz nie przestaje padać, a na drodze, gdzie nie ma grysu lub betonu, porobiły się już ogromne kałuże. Nawiasem mówiąc, deszcz pada tutaj w taki specyficzny sposób, prawie prostopadle do ziemi, to jeszcze potęguje jego skutki. Ociekający wodą wchodzę do budynku dowództwa dywizji i kieruję się do biura. Zbyszek (szef wydziału) jak zwykle jest już na miejscu, przegląda pocztę mailową.
Cześć, co słychać? – pytam.
W porządku – odpowiada – nic nowego w poczcie nie ma. Ale leje – stwierdza.
Chcesz kawy ? – pytam.
Wstaw wodę, to się napijemy – odpowiada.
OK, zaraz zrobię – mówię i dodaję – mam pół godzinki, piję kawę, ubieram się i w drogę, bo o 7.30 jestem umówiony z Arkiem (szefem sekcji współpracy cywilno-wojskowej 2. Grupy Bojowej).
Dobra, dam ci mój aparat, myślę, że robi lepsze zdjęcia niż ten służbowy  – odpowiada Zbyszek
Chwilę jeszcze gawędzimy, dopijam kawę. Ubieram się, zakładam kamizelkę kuloodporną, biorę broń ze stojaka (mamy taki przy sejfie), wyjmuję magazynki załadowane amunicją, hełm do ręki.
Jestem gotowy. Spoglądam przez okno, przez chwilę wydawało mi się, że deszcz pada lżej, ale po wyjściu okazuje się, że to tylko złudzenie.
Trzymaj się – mówi do mnie Zbyszek.
Ok, na razie – odpowiadam i wychodzę na zewnątrz.
Idę omijając kałuże wody, w ciągle padającym  deszczu, do budynku, w którym mieści się dowództwo 2. Grupy Bojowej.
Przed budynkiem stoją już Hamery i Honkery, a wokół nich uwijają się żołnierze, wypatruję Arka. Jest.
Cześć – wołam – ja gotowy, a Wy?
My też,  jeszcze chwila i jedziemy – odpowiada - ale musimy poczekać na generała (dowódca 1.  Brygadowej Grupy Bojowej) dzisiaj wyjeżdża z nami.
Dobra – mówię.
Mam czas, więc idę pogadać z chłopakami, z którymi wspólnie wyjeżdżamy.
Deszcz lekko zelżał, teraz mży. Arek, który jest dowódcą  konwoju, wskazuje mi miejsce, chociaż już wczoraj podczas instruktażu wiedziałem, w którym pojeździe będę jechać. Sadowię się w Honkerze, będę strzelcem burtowym. To dla mnie nie pierwszyzna, już jeździłem w takiej roli.
Wszystko gotowe. Ruszamy, podjeżdżamy z 500 metrów i kolumna zatrzymuje się. Czekamy na dowódcę. Mija piętnaście minut, w końcu dociera do nas informacja, że generał nie może dzisiaj jechać, więc zapada decyzja, ruszamy.
Dowódca konwoju podaje komendę do pojazdów i pierwsza część naszej grupy rusza  w drogę.
Przekraczamy bramę bazy ECHO, 50 metrów dalej pojazdy zatrzymują się w miejscu wyznaczonym do ładowania i rozładowania broni, wychodzimy z samochodów, każdy z nas odbezpiecza broń, dołącza magazynek, przeładowuje. Takie są procedury bezpieczeństwam i użycia broni, poza bazą poruszać się należy z nabojem wprowadzonym do komory nabojowej.
Opuszczamy bazę ECHO  w kolumnie siedmiu pojazdów. Jedziemy do małej wioski Zuajta, oddalonej o ponad 20 kilometrów na zachód od Diwanii, której  nazwa nikomu nic nie mówi, trudno ją nawet znaleźć na mapie. Stanowimy tak zwaną grupę rekonesansową, naszym zadaniem – oprócz typowego rozpoznania drogi – jest również przygotowanie miejsca do zaplanowanej na dzisiaj akcji medycznej. Po drodze w irackiej jednostce, umiejscowionej przy bazie ECHO, dołączają do nas trzy pojazdy irackich żołnierzy, będą dodatkowo chronić nasz konwój.
Deszcz się nasila, z nieba leją się strumienie wody.
Udajemy się w rejon odpowiedzialności 2. Grupy Bojowej, której żołnierze, jeżdżąc codziennie na patrole, często obserwują w mijanych wioskach ubóstwo. 
To biedny region, miejscowi żyją głównie z upraw i hodowli bydła. Wielu z nich utrzymuje się także ze sprzedaży daktyli, którymi handluje się na każdym irackim targowisku, ale to nie zaspokaja nawet podstawowych potrzeb. Po jednym z takich patroli zapadła w sztabie Grupy Bojowej decyzja, aby pomóc mieszkańcom - właśnie wioski  Zuajta. Rozpoczęto przygotowania. W batalionie zebrano środki higieny osobistej, pozyskano artykuły medyczne, zeszyty, przybory do pisania i malowania, czyli  wszystko to, co mogliśmy zebrać, a co powinno się przydać małym Irakijczykom i ich rodzinom. Na miejsce akcji, określanej przez nas Białą Niedzielą, wybrano miejscową szkołę, w zasadzie jedyne miejsce, w którym można było zorganizować badania pacjentów.
Po przejechaniu około 15 kilometrów zatrzymujemy się w niewielkiej wiosce, przy posterunku policji. Arek z tłumaczem udają się w kierunku posterunku, natomiast ja z innymi ubezpieczam rejon postoju. Wciąż pada deszcz, a na drodze i wokół niej tworzą się ogromne kałuże wody, wieje zimny wiatr. Przemaka mi mundur, strugi deszczu spływają po ciele. Stoję na lewym skraju drogi i obserwuję, jak kilkoro Irakijskich kupców handlujących przy drodze chroni się przed deszczem pod straganami. Po kilku minutach wraca Arek.
I jak pytam?- pytam.
W porządku, poczekamy tylko chwilę na samochód z policjantami, którzy poprowadzą nas do wioski.  – odpowiada.
Po chwili z ogrodzonego posterunku wyjeżdża pojazd z policjantami, dołącza do naszej kolumny.
Ruszamy w dalszą drogę. Po dziesięciu minutach docieramy na miejsce. Dwa pojazdy blokują asfaltową drogę w obu kierunkach, tak, aby nikt nie wjechał w ugrupowanie konwoju, a pozostałe samochody zjeżdżają z drogi w kierunku szkoły, oddalonej o ponad 100 metrów. Błoto niesamowite, samochody przeciskają się wąska, polną dróżką, która umiejscowiona jest na małym nasypie, gdyby jakiś pojazd zsunął się z niego, mielibyśmy spore problemy. Przed szkołą  czeka już kilka osób, między nimi, jak się po chwili okazuje,  jeden z nauczycieli.
Pogoda w dalszym ciągu nas nie rozpieszcza, przez cały czas niemiłosiernie pada.
Wystawiamy ubezpieczenie i przekazujemy sygnał do bazy Echo, z której za chwilę wyjedzie kolejna grupa, w skład której wchodzi pięć samochodów, w tym karetka pogotowia, ciężarówka ze sprzętem medycznym, środkami higieny osobistej oraz przyborami szkolnymi  i maskotkami, pozostałe pojazdy stanowią ochronę.
Wykorzystuję czas oczekiwania i oglądam szkołę. Oczywiście, dziedziniec, co jest tutaj normą,  ogrodzony jest murem, miejscami jednak bardzo już zniszczonym.
Wraz ze mną idzie jeden z tłumaczy i nauczyciel, który czekał na nas przed budynkiem. Szkoła na zewnątrz sprawia wrażenie w miarę solidnego, chociaż zaniedbanego budynku, ale w środku to już kompletna ruina.
W klasach bardzo już zniszczone ławki stoją na klepisku, ponieważ w pomieszczeniach nie ma podłogi, brakuje normalnych tablic, a te, które wiszą, są w opłakanym stanie. Całości dopełniają odrapane ściany. Pokój nauczycielski w niczym nie przypomina takiego,  jaki można zobaczyć w Polsce. Jest zagracony, nie ma w nim szafek, a na środku stoi jeden chyboczący się stół i kilka krzeseł, natomiast dokumenty leżą porozkładane na kilku mniejszej wielkości stołach, rozmieszczonych pod ścianami. Jednak mimo takich warunków szkoła działa, uczęszcza do niej ponad 100 dzieci.
Przez chwilę rozmawiam z nauczycielem - opowiada - zdajemy sobie sprawę z tego,    w jakich warunkach uczymy, ale mimo  tych trudności staramy się, aby dzieci były zadowolone.
Czy próbowaliście pozyskać środki na jej remont? – pytam.
Tak, zgłosiliśmy to już władzom, ale szkół podobnych do tej jest w Iraku więcej, musimy cierpliwie czekać na swoją kolej - wyjaśnia nauczyciel.
Z tego co wysłuchałem, wynika, iż nauczycielom oraz dzieciom tutejszej szkoły przyjdzie jeszcze sporo poczekać czasu na poprawę warunków.
Wracam na dziedziniec. Coraz więcej osób, dorosłych i dzieci, schodzi się do szkoły, w której zorganizowano akcję, rozglądam się dookoła, sądzę, że jest ich już ponad dwieście.
Budynek szkoły ubezpieczają nasi oraz iraccy żołnierze, kilku z nich jest też na dziedzińcu aby dopilnować porządku, bo ludzi jest coraz więcej i momentami trudno zapanować nad napierającym tłumem. Dodatkowo wewnątrz dziedzińca jest dwóch policjantów, którzy pilnują porządku w czasie formowania się kolejek.
Przestało padać, ale wieje wiatr i jest potworne błoto. Dorośli ustawiają się w dwóch rzędach, wzdłuż wewnętrznych murów szkoły, w jednej części mężczyźni a w drugiej kobiety z dziećmi, chociaż obserwuję i takie przypadki, że także mężczyźni przychodzą ze swymi pociechami. Wszyscy skuleni przed wiatrem, ale cierpliwie czekają na rozpoczęcie badań. Jedyna grupa, której nie przeszkadza pogoda, to dzieci, biegają boso i z radością chlapią się w wielkich kałużach wody i błota. Pojawia się ich coraz więcej, przybiegają ze wszystkich stron, a każde chciałoby coś dostać.
Słychać okrzyki: Mister, mister, give me! ( Panie, Panie daj mi!) To jeden z nielicznych angielskich zwrotów, który znają chyba wszyscy Irakijczycy.
Podchodzi do mnie kilkoro dzieciaków, wyglądają na 10-12 lat, wskazują na mój zegarek, rozumiem, że chcieliby taki mieć, kręcę przeczącą głową. Dwójka z nich odchodzi  i biegnie dalej szukać okazji do pozyskania cennej rzeczy, natomiast czwórka z nich, dwóch chłopców i dwie dziewczynki, pozostają i nie odstępują mnie przez dłuższy czas. Powodem tego być może, jest fakt, że zauważyli, iż robię zdjęcia, co ich bardzo zainteresowało. Po wykonaniu fotek, pokazuję w aparacie ich sylwetki, bardzo się cieszą i śmieją z siebie, wskazując nawzajem palcami.
W międzyczasie pozostała część naszej grupy dojechała na miejsce. Po krótkich przygotowaniach, rozłożeniu medykamentów,  rozpoczynają się przyjęcia. Tomek lekarz i Paweł - ratownik medyczny - prowadzą dzisiaj badania, jest również pielęgniarka, Ania, gdyby zaszła potrzeba wykonywania badań kobietom. Na taką okoliczność mamy przygotowane oddzielne pomieszczenie w budynku szkoły.
W kolejce stoją przeważnie ludzie starsi, schorowani, często wymagający pomocy specjalisty oraz kobiety z dziećmi. Poruszam się wokół tej całej gromady, próbując znaleźć jak najlepsze ujęcia do wykonania zdjęć. Każdy z przybyłych uzyskuje poradę od naszych medyków. Dostają leki wraz ze wskazówkami jak je stosować lub informację, gdzie powinni się zgłosić. Oczywiście, co naturalne, pomagają nam tłumacze, których dzisiaj mamy dwóch, jeden polsko-arabski a drugi angielsko-arabski.
W tym samym czasie na dziedzińcu żołnierze z naszej grupy rozdają dorosłym podstawowe środki higieny osobistej, a dzieciom przybory szkolne. Chętnych jest więcej niż przedmiotów, które udało się nam zgromadzić i przywieźć. Dla tych ludzi najdrobniejszy podarunek – proszek do prania, pasta do mycia zębów, mydło, butelka z wodą, zeszyt – znaczy bardzo wiele.
Obserwuję prowadzone przyjęcia lekarskie  i zastanawiam się, co będzie, gdy odjedziemy, przecież często jest tak, że po jednym naszym pobycie już się tutaj nie pojawiamy. Zdajemy sobie sprawę, że potrzeby mieszkańców są ogromne, lecz staramy się docierać do wielu podobnych miejscowości, aby objąć jak największą liczbę mieszkańców prowincji naszą pomocą.
Jedna z kobiet ciągnie mnie za rękaw munduru, mówi coś po arabsku i pokazuje na proszek do prania, rozumiem, że chciałaby jeszcze jeden. Kieruję ją do najbliższego z naszych chłopaków, który rozdaje środki higieny osobistej oraz inne artykuły. Wielu z mieszkańców wioski, gdy robię zdjęcia, uśmiecha się i pokazuje gestem OK, że są zadowoleni, często wypowiadają też słowa Bolanda good, co dosłownie znaczy: Polska dobra.
Jedna z dziewczynek stoi boso w błocie, przy murze szkoły, trzymając w ręku, małą polską chorągiewkę, kilkoro innych dzieciaków wesoło macha chorągiewkami, które dostały od naszych żołnierzy. Taki widok chwyta za serce.
Staramy się, by każdy z przybyłych na dzisiejszą akcję coś otrzymał, nie zawsze jest to jednak możliwe.
Mijają cztery godziny od naszego przyjazdu, badania lekarskie zbliżają się do końca, coraz mniej Irakijczyków pozostaje na dziedzińcu, tylko dzieciaki biegają wśród żołnierzy, z nadzieją, że jeszcze coś otrzymają.
Rozmawiam z Arkiem, o efektach dzisiejszej akcji.
Ze wstępnych obliczeń wynika, że było ponad 300 mieszkańców. – mówi Arek.
To dużo, jak na tak małą  wioskę. – wtrącam.
Dużo - potwierdza Arek – takiej liczby osób  nie spodziewaliśmy się, ledwie wystarczyło nam środków
Co dalej? – pytam.
Myślę, że musimy przygotować następną akcję, może za dwa-trzy tygodnie – odpowiada Arek.
W jego głosie wyczuwam pewność i sądzę, że dotrzyma słowa.
Kończymy dzisiejszą akcję, chowamy sprzęt, stoły, krzesła oraz pozostałą część leków do samochodów. Przed wyjazdem jeszcze  krótki instruktaż i w drogę.
Podróż powrotna odbywa się bez niespodzianek, deszcz przestał padać, chociaż  w dalszym ciągu wieje zimny wiatr. Po drodze w jednej z wiosek zostawiamy policjantów, a dalej już przy naszej bazie, irackich żołnierzy. Podjeżdżamy pod bramę bazy ECHO, wysiadamy z pojazdów, każdy rozładowuje broń, następnie wsiadamy do pojazdów i wjeżdżamy do środka. Zbieramy się na placu przy budynku sztabu 2 Grupy Bojowej.
Wszyscy przemoczeni, ubłoceni ale zadowoleni. Padają krótkie słowa podziękowania od dowódcy grupy bojowej za przeprowadzoną akcję i rozchodzimy się do swoich czynności. Wracam do biura. Zostawiam broń i maszeruję do kontenera. Szybki prysznic, przebieram się w drugi, suchy i czysty komplet munduru. Zerkam na zegarek, czas lunchu, więc udaję się do stołówki. Po obiedzie wracam do biura. To było ciężkie przedpołudnie.
Zorganizowanie tzw. Białej Niedzieli to niełatwe zadanie, bo oprócz skompletowania zespołu medycznego, zabezpieczenia leków, środków higieny osobistej, należy jeszcze zadbać o bezpieczeństwo własne oraz pacjentów.
Każdy taki wyjazd to przecież ryzyko zamachów lub ataków terrorystycznych, których celem są nie tylko żołnierze koalicji, ale również zwykli mieszkańcy Iraku korzystający z naszej pomocy.
Ten jeden dzień  przygotowywany był przez niemal tydzień, a wiele osób włożyło w tę akcję dużo serca. Sądzę jednak, że warto było dołożyć tych starań, by zobaczyć uśmiechnięte twarze dzieci i zadowolonych mieszkańców małej irackiej wioski Zuajta.