OBOK Krajeński Kwartalnik Kulturalny - proza



Edward Derylak
Było niedzielne popołudnie, gdy do zagrody Michała Zakwasa wjechał  samochodem redaktor Dobrych Nowin, Jan Nieradka.
Gdy siedzieli już wygodnie w wiklinowych fotelach, redaktor wyjął z torby mały, mocno sfatygowany dyktafon i poprosił Zakwasa, żeby mu opowiedział jak przebiega jego dzień.
- Jak wygląda mój dzień? – powtórzył pytanie gospodarz. Uśmiech zadowolenia rozlał się po jego okrągłej, ogorzałej od słońca twarzy. (dalej)


Edward Derylak
Siedzieli przy stole, gdy głośno skrzypiąc, uchyliły się drzwi. Chłopiec przekroczył niski próg i stanął zaraz przy wejściu, nieśmiało, jakby się wstydził. Bywał tutaj często, czasami, co drugi dzień; czuł się jak u siebie w domu. Oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę, a on stał nieruchomo przy drzwiach ze wzrokiem spuszczonym w dół; garść jasnych jak len, prostych włosów zakrywała mu prawe oko; pochylił się nieco do przodu, jakby dźwigał ciężar życiowych doświadczeń. (dalej)

Romuald Rosiński
-”Jesteśmy sami w kosmosie”- powiedział w podsumowaniu najwybitniejszy przedstawiciel nauki współczesnej, Pejenstein. Ostro polemizowali  z nim przedstawiciele kierunków teistycznych. Głosili: “ W mieszkaniu jest zbyt wiele rzeczy niezwykłych, by miało to być dziełem przypadku”. Ale owa wiara w “niezwykłości” doprowadziła samych teistów do ostrych sporów - a nawet do wojen religijnych. Najzagorzalszy spór toczyli optymaci z pesymatami. Optymaci twierdzili, że naturę hipotetycznego Człowieka najpełniej oddają takie przedmioty jak książka, obraz i kwiat (teoria apoteozy duchowej). Pesymaci ewentualne istnienie Człowieka postrzegali poprzez pryzmat muszli klozetowej, myszołapki i butli ze środkiem owadobójczym.
Ostatecznie powstała koncepcja manichejskiej struktury natury Człowieczej. (dalej)


Franciszek Kamecki
Co mogę uczynić z moim życiem, jeżeli moje wykształcenie nijakie, w głowie plewy, perspektywy żadne, a moje nogi są mocne, silne ramiona, muskularnie jestem zwinny i szybki? Jakiej sprawie mógłbym siebie poświęcić? Komu?
Powszechnie króla uważa się za pierwszego. Więc zgłaszam się do zamku, aby służyć królowi. Kłaniam się, otwieram drzwi, czyszczę okna, psy wyprowadzam na wybieg, wynoszę śmieci i opróżniam popielniczki, podnoszę upadającą chusteczkę królowej, suszę parasole po deszczowej wyprawie, kotom wlewam mleko, latem zabijam muchy, a jesienią myszy. Kiedy w zamku rozogniła się dyskusja wokół piekła i diabła, król spochmurniał i zaczął się trząść ze strachu. Wyczułem, że król boi się diabła.
(dalej)


Paweł Szydeł
W małym pokoiku przy Gdańskiej 4, który służył jako warsztat i mieszkanie czteroosobowej rodziny młodego krawca, panował półmrok. Słońce, które tego lata prażyło niemiłosiernie, nigdy nie trafiało tu do wnętrza z wyjątkiem tej krótkiej chwili około południa, kiedy wąska stróżka światła odbita od szyb sąsiedniego budynku rozświetlała oszkloną szafę pełną  kryształowych naczyń.
Była już chyba ósma, gdy stukot maszyny do szycia obudził małego, pięcioletniego chłopca. Przeciągnął się jeszcze kilka razy, spojrzał na pochylonego nad maszyną ojca i boso powędrował za parawan, by w wielkiej, jak mu się wówczas wydawało, miednicy rozpuścić resztki kolorowych snów. (dalej)


Joanna Górawska
- Dorota, jesteś wartością samą w sobie, musisz o tym pamiętać. Musisz chodzić do szkoły, ale musisz zrobić to dla siebie, to twoje życie. Przecież chcesz mieć w przyszłości szczęśliwą rodzinę, prawda? Jak będziesz się uczyć to za jakiś czas będziesz mogła pomóc mamie, zabierzesz ją nad morze, mówiłaś, że nigdy nie była.
- Pomyślę o tym. - Zawsze tak mówiła, słuchała tej naiwnej kobiety jednym uchem, ale zawsze tak odpowiadała: ”Pomyślę o tym”- i wtedy nie wiadomo dlaczego pani bibliotekarka się uspokajała. Lubiła tę kobietę, lubiła tu przychodzić. Ciepło, spokojnie, można było odpocząć, a że czasem ta kobieta marudziła... Nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, ale w głębi duszy podobało się jej, że kogoś interesują jej problemy, nieobecność w szkole, dwója z matematyki, czy podarte buty...
(dalej)

Romuald Rosiński
Uczta trwała całe popołudnie. Gdy na równinę spłynęły pierwsze cienie zmierzchu, znaleźli za zwalonym pniem osłonięte od wiatru miejsce na nocleg. Tuląc się do siebie, układali się do snu. Co chwila wybuchała brutalna, pełna razów i obelg walka o miejsce w centrum kręgu. Silniejsi wypychali słabszych na zewnątrz.
Mabi, klęcząc kilka kroków dalej,  przypatrywał się temu w milczeniu. Podszedł do niego Ron.
- Tej nocy wszyscy zginą.- powiedział cicho.
Mabi nie musiał odpowiadać. Było oczywiste, że z nastaniem nocy pojawią się wilki. (dalej)


Franciszek Kamecki
Posłuchajcie. Oto historyjka o moim życiu. Nad wielką wodą buduję szałas. A moja praca polega na tym, że przez wodę przenoszę biednych ludzi. Bogaci wynajmują tragarzy, którym płacą za usługę. Ja rezygnuję z opłat. Obok szałasu stoi mój szałerek. Obok na wiosnę zasadzę ziemniaki, kapustę, ogórki, dynię, sałatę, szczypiorek, porę, cebulę, buraki i marchew. I kaczki będą na brzegu pływać. I kury zniosą jajka. W pogotowiu będą kloce powiązane razem w tratwę, aby łatwiej przepłynąć z jakąś wdową, z jej kuferkami i pieskami. Zaproszę kolegę do pomocy i przeciągniemy linę wysoko, po niej będziemy przesuwać wyciąg krzesełkowy z tymi, którzy lękają się wody. Każdemu zorganizujemy właściwy i odpowiedni sposób przeprawy. Zalożymy towarzystwo turystyki wodnej i bagażowej. I będzie kręcić się interes.
A jeżeli przyjdzie jakiś łobuz i będzie mi wygrażał, poniewierał w prasie. radio, telewizji, oskarży i oceni moją działalność jako fałszywe milosierdzie? (dalej)

Romuald Rosiński
- Wiem... - powtórzył Bogdan. Podniósł głowę, bo zdało mu się, że słyszy znajome wołanie - jakby Krzyś zaraz miał wyjść zza drzew. Złudzenie było tak wyraziste, że  wyciągnął w  tamtą  stronę  rękę. Ale oprócz niego, lekarza  i  zapadającej  w  letarg  Joanny nie było nikogo. Magdę zostawili w nocy w hotelu w Nakle.
Bogdan pochylił się, by ukryć twarz.
Tak  naprawdę dopiero teraz jego umysł przyjął, co się wydarzyło. Stało się  to  tak, jak by ktoś z całej siły uderzył go w głowę stalową pałką. Aż skręcił się z bólu i wybuchnął strasznym, męskim płaczem. (dalej)


Edward Derylak
Siedzieli na ławce pod drzewami Świerczewskiego. To była ich ławka, chociaż w żaden sposób nie oznaczona. Przychodzili około jedenastej, trzy razy w tygodniu, i dziwnym trafem ławka zawsze była wolna, dlatego mówili ze to ich.
Franciszek zazwyczaj był pierwszy, miał bliżej, pięćdziesiąt metrów zaledwie.  (dalej)


Romuald Rosiński
Jezdnia szkliła się w blasku reflektorów. Światła sunących samochodów połyskiwały niczym ślepia przedpotopowych gadów. Nad równiną raz po raz zapalały się błyskawice.
Na zjazd z obwodnicy golf wjechał z za dużą prędkością. Opony utraciły przyczepność, wóz potoczył się na lewy pas, prosto pod  tira. Mężczyzna błyskawicznie skręcił do oporu kierownicę, do końca wcisnął pedał gazu. Ryk klaksonu tira zagłuszył huk silnika i gwizd kół buksujących po asfalcie.
Pies spadł z siedzenia, skamlał spazmatycznie.
W ostatniej chwili sto mechanicznych koni, zmuszonych do pracy na granicy swoich możliwości, wyniosło golfa na prawy pas.
Mężczyzna przykleił się do kierownicy. Skulił się,  kilkanaście centymetrów  od jego ramienia, chronionego jedynie blachą, z apokaliptycznym grzmotem przewaliła się lawina rozpędzonej stali.  (dalej)

Wiesław Adamski
Przed budynkiem stoją już Hamery i Honkery, a wokół nich uwijają się żołnierze, wypatruję Arka. Jest.
Cześć – wołam – ja gotowy, a wy?
My też,  jeszcze chwila i jedziemy – odpowiada - ale musimy poczekać na generała (dowódca 1.  Brygadowej Grupy Bojowej) dzisiaj wyjeżdża z nami.
Dobra – mówię.
Mam czas, więc idę pogadać z chłopakami, z którymi wspólnie wyjeżdżamy. 
Deszcz lekko zelżał, teraz mży. Arek, który jest dowódcą , wskazuje mi miejsce, chociaż już wczoraj podczas instruktażu wiedziałem, w którym pojeździe będę jechać. Sadowię się w Honkerze, będę strzelcem burtowym. To dla mnie nie pierwszyzna, już jeździłem w takiej roli.
Wszystko gotowe. Ruszamy, podjeżdżamy z 500 metrów i kolumna zatrzymuje się. Czekamy na dowódcę. (dalej)

Tomek Klarecki , Iza Smolarek
Miała wielkie oczy, zgrabny nos, delikatną cerę, ładnie wykrojone uszy i usta. Lekki, modny sweterek wypychały kształtne piersi. Była doskonała w każdym calu i tylko świadomość tego, co kryło się pod pledem, nie pozwalała Wilkowi popaść w zachwyt.
- Mężczyznom jest ciężej - przyznała. - Szczególnie tym, którzy znali mnie przed wypadkiem. Pan do nich na szczęście nie należy. W czym mogę panu pomóc?
- Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci Wojtka Smykały - powtórzył to, co już wiedziała z rozmowy telefonicznej. - Znała go pani?
- Nie. Po śmierci męża moje kontakty z WDM-em zupełnie się urwały. O śmierci dyrektora Smykały dowiedziałam się z gazet.
- Kiedy zginął pani mąż?
- W nocy z piętnastego na szesnastego stycznia. Dlaczego łączy pan te sprawy?
- Chciałbym mieć pewność, że nie ma między nimi związku.
- Też o tym myślałam. Krążą plotki o klątwie. Wierzy w to pan?
- Klątwy nie działają, jeżeli nie pomagają im ludzie. (dalej)


Edward Derylak
Józek jest zadowolony, gdy z tablicy odczytuje „Lublin”. Jeszcze półtorej godziny i będzie nareszcie w domu. Nie może się doczekać, żeby zobaczyć to wszystko, o czym usłyszał, pochodzić po podwórzu, pooddychać wiejskim powietrzem, usiąść na ławce przed płotem (Józek jeszcze nie wie, że ogrodzenie też zmienione), popatrzeć na ludzi, no i nareszcie zostać sam na sam z Krysią - wymownie na nią spogląda. Ona jest zapatrzona w szybę samochodu, a może w Antka. Może wraca myślami o tydzień, miesiąc, pół roku?... Lecz po chwili czuje spojrzenie. Odwraca się i szybko przykleja do twarzy uśmiech. Odrzuca wspomnienia. Teraz wszystko się zmieni... Józek łagodnym ruchem gładzi jej kolano, które się wymknęło spod krótkiej i wąskiej spódnicy. (dalej)

Robert Sznajder
I nic mi nie powiesz, a przez te trzydzieści lat przychodziłem do ciebie i przychodzę. Nawet nie wiem, co mam teraz myśleć. No jasne, to zrozumiałe, że trzeba lustrować dziadków, ojców, ale dzieci …. A poza tym wszyscy wiedzieli, że ty jesteś ponad i nikt ci nie podskoczy. A teraz każdemu szykują teczuszkę. (dalej)