Lidia Irena Węglarz 
 
W muszli deszczu

wokoło – deszczu skorupa
jak szara muszla

chcę się w niej zamknąć
i liści słodyczą ubrać
spóźniony sen

wszystko jest takie
odrealnione przez czas
w tym deszczu –
odległe – jakby weszło
w inny wymiar

niezmiennie tylko
brzęczy lodówka
pies ogryza kość
rodzą się wiersze

tkwi we mnie –
jak odłamek lustra
zapomniany staw
z zapomnianym niebem

w muszli deszczu
jak w łodzi
popłynę nim
w sen



***

któregoś dnia
wychodzimy furtką życia
i już nie wracamy

zabliźniają się po nas krajobrazy
i słowa

spokój – jak gąszcz krzewów
zarasta przestrzeń po nas
a chwil śpiące ziarna
budzą się
by innych obdzielać

w ostępach czasu
ginie nasz jęk boleści
nasze skargi utrapienia
przegapione godziny

i ptak
pada z krzykiem na ziemię
lecz wiatr
wygładza przestrzeń
w białą kartę ciszy
by młode
uczyły się lotu
bez lęku

a krzyk
kołyszą ostępy czasu
aż spłynie
kroplą wody



***

ptak ciemności
wydziobuje ziarna
złudzeń

jego skrzydła
nade mną

w solowym locie
jest moc
niezniszczalności

ta ciemność –
to otchłań
tajemnicy



***

dzisiaj nic nie wiem –
świat jest pomalowany na czarno

zapadam się coraz głębiej –
przecież nawet pustka
ma jakieś dno



***

powietrze pachnie
wiatr głaszcze
broszkę bąka wpina
w pole
gdzie się młodni ozimina

drzewa się budzą
pąkami świeżymi

a mnie się chce
rozpłynąć