Janusz Koniusz   
Chwile bez własności  
Kazimierz Burnat w swoim sześćdziesięcioletnim życiu pełnił wiele funkcji i grał wiele ról, które się rzadko zazębiały. Ukończył trzy fakultety: prawo, organizację i zarządzanie, handel zagraniczny. Szefował "Polarowi", wyjeżdżał w sprawach handlowych do Indii, Japonii, Kanady. Był żołnierzem "czerwonych beretów", spadochroniarzem. Działał w harcerstwie. Wciąż tryska energią i wcale bym się nie zdziwił, gdyby był kandydatem do lotu na Księżyc. Za wcześnie na wrastanie - pisze w jednym z wierszy - w korę brzozy.
Właśnie ukazał się jego trzeci, nie licząc licznych almanachów i antologii, zbiór wierszy - Przenikanie. Tom jest pięknie, gustownie wydany, ilustrowany subtelnymi fotografiami autorstwa córki poety - Anny Burnat.
O tych fotografiach ukazujących urodę naszego krajobrazu należałoby oddzielnie napisać.
Słowo użyte w tytule tomiku wierszy Burnata jest wieloznaczne, wielopiętrowe. Przenikanie jednej rzeczy w drugą, czegoś w coś. Przenika nas nie tylko zimno, ale lęk, tęsknota, rozpacz czy na odwrotnym biegunie - odwaga, radość, ciepło. W wierszach Burnata - tak je odczytuję - najwięcej jest przenikania poety do własnego wnętrza. Do siebie samego. Ale przenikanie to również wnikanie, docieranie do sedna rzeczy, do własnych głębi. Tamten chłopiec sprzed lat, z rodzinnych Szczepanowic nad Dunajcem, już dawno wniknął w dorosłego mężczyznę.
O urodzie wierszy Burnata stanowi ich sensualizm. Poeta doznaje, widzi, czuje, słyszy. I zamyka w słowa. A czy to miało miejsce pół wieku temu, czy wczoraj, jest już bez większego znaczenia. Czas bezpowrotnie upływa, krajobrazy się zmieniają, odchodzą z tego świata najbliżsi, a podmiot liryczny tych wierszy wydaje się być ten sam i może nawet taki sam. W Przenikaniu najbardziej podobają mi się wiersze usiłujące ocalić obrazy z dzieciństwa poety, z jego najbliższych, rodzinnych okolic. Obrazy z dzieciństwa chodzą za autorem Przenikania krok w krok. Trudno mu się od nich uwolnić. Dzieje się tak zwykle, gdy przekroczymy ową conradowską "smugę cienia". Wiek męski okazuje się zwykle wiekiem klęski, żeby powołać się tutaj na innego mocarza słowa. Wtedy to w źródłach dzieciństwa poszukujemy energii i optymizmu. Po latach dochodzimy do przekonania, że świat jest piękny, ale najpiękniej było tam, gdzie stawialiśmy pierwsze kroki i zaczynaliśmy wymawiać pierwsze słowa.
W wierszu o może nazbyt jednoznacznym tytule Nostalgia napisanym pod ścianami cyprysów w upalnym zapewne lipcu 2001 r. Burnat tęskni:

za sadem czereśni i jabłoni
po którym tylko nagrobki pni

Nasze życie, przypomina, jest wędrówką i w czasie, i w przestrzeni. Zwykle opuszczamy rodzinny dom, opuszczamy go przed świtem w poszukiwaniu zdradliwych uroczysk, by wieczorem odnaleźć źródło w sobie. Jeśli przyjąć, że dzień jest tutaj synonimem całego naszego żywota, to wieczór jest znakiem wieku późnego, kiedy zwykle po licznych doświadczeniach, dobrych i złych, bolesnych i radosnych dochodzimy do banalnego wniosku, że to, co najważniejsze, wielkie i małe, jest w nas.
Jak wiadomo poezja, sztuka to bezskuteczne zmaganie się z upływem czasu, z jego porażającą, destrukcyjną siłą, która ze ślicznej młodości szybko czyni zgrzybiałą starość. Tak naprawdę wszystko jest problemem pędzącego z szybkością światła czasu, o czym w pewnym wieku na szczęście jeszcze się nie wie. Świadomość upływu czasu przychodzi z czasem. Autor Przenikania już dostrzegł, że znów rok minął w jednej chwili. Dostrzegł jeszcze coś znacznie więcej. Minął rok i niczym się nie objawił. Jednym słowem, ten kolejny obrót Ziemi dookoła Słońca nie-odwracalnie minął. O ten miniony rok przybliżyliśmy się do wyznaczonego nam końca.
Najważniejszym, co nie znaczy, że najlepszym wierszem w ostatnim zbiorze Burnata jest tytułowy wiersz Przenikanie:

Brakuje mi paru chwil
na własność

Z życia, nawet najdłuższego, żadną chwilą nie możemy zawładnąć, wziąć jej sobie na własność. Poecie brakuje także dystansu w zadumie nad sobą, bo po bezpowrotnym czasie przeszłym, natychmiast przychodzi jutro. Czas teraźniejszy, czas na zadumę z dystansu nie istnieje. Co najwyżej możemy jakby jakieś zwierzę obłaskawiać teraźniejszość.
Ważną funkcję w wierszach Burnata pełni światło. Światło realne, rzeczywiste i światło metaforyczne. Rzeczy poddane tu oglądowi w słonecznym blasku, w pełnym świetle tracą na swojej urodzie. Po zejściu z drzew zaczęli-śmy się ubierać nie tylko dlatego, że było nam zimno. Także ze względów estetycznych. Człowiek począł upięk-szać, ozdabiać Naturę, często wyrządzając jej wielką krzywdę.
W opozycji światła do ciemności poeta staje po stronie światła. Wszystko, co w naszym życiu najważniejsze, powinno się odbywać w pełnej widoczności. We wzruszającym tryptyku o umieraniu bardzo bliskiej osoby podmiot liryczny nie pozwala zasłonić okien w szpitalnej sali. I wierzy, że nawet tam, po odkryciu się wieka nocy wzejdzie Poranek. Wieczne światło.
Nie mam wątpliwości, że poezja, dobra poezja to odwrotna strona filozofii. Pierwsza posługuje się językiem metafor i obrazów, druga pojęć. Ale i poezja, i filozofia stawiają przed czytelnikiem zwykle te same pytania, bo z odpowiedziami jest przecież różnie. Autor Przenikania również stawia pytania, rzecz jasna na swoją, poetycką miarę. Stawia je przed sobą jako człowiekiem, i jako piszącym wiersze. Wie, w którym znalazł się miejscu, w jakim czasie. I to w obu przypadkach. Jedno z tych pytań brzmi:

ile jeszcze
do horyzontu wyobraźni
do wierzchołka światła

Stawianie takich pytań zasługuje na uwagę i czytelniczy szacunek.

Kazimierz Burnat, Przenikanie, Wydawnictwo Literacko - Edukacyjne ARTIS, Wrocław 2006, ss. 84