Obok Krajeński Kwartalnik Kulturalny                   powrót               

                                               Romuald Rosiński
 Mgła (fragment)

11 kwietnia 1990r. o godzinie 16.45 mężczyzna, którego tożsamości nigdy nie ustalono, podszedł do Zofii B., urzędniczki w urzędzie pocztowym w Nakle  Hol był pusty. Urzędniczka siedziała samotna za okienkiem i beznamiętnie wypełniała  formularze. Była tak znudzona, że nawet nie zauważyła petenta.
- Automaty telefoniczne nie działają.
Musiał  to  powtórzyć, żeby odwróciła się w jego stronę.
- Będzie burza- wzruszyła ramionami.
- To co?
Pytanie  zaskoczyło  ją. Minęła chwila nim pozbierała myśli i ułożyła z nich sensowną odpowiedź:
- To stara centrala i czasami się psuje od wyładowań atmosferycznych.
- Ale ja muszę zatelefonować...
- Może pan zamówić rozmowę u mnie. Ta linia działa zawsze. Jeszcze specjalna...
Nie zwrócił uwagi na żartobliwą – niezamierzoną - dwuznaczność zawartą w tych słowach. Podał numer. W napięciu patrzył na jej palce wędrujące po przyciskach. Odetchnął, gdy uzyskała połączenie. Podała mu słuchawkę. Odebrał ją i odsunął się jak najdalej od okienka.
Uśmiechnęła się do niego, gdy po kilku minutach oddał jej słuchawkę.
- Było słabo słychać - mruknął. Był przystojny, ale zmęczony. Miał przekrwione oczy i zarost, który stanowczo zbyt długo cieszył się życiem.
- Przykro mi... - powiedziała dziewczyna.
Milcząc podał jej pieniądze. Nie przejawiał chęci kontynuowania rozmowy. Szkoda - stwierdziła dziewczyna w  myśli. Westchnęła, sięgając po stos formularzy.                
Mężczyzna wyszedł z budynku poczty i wsiadł do niebieskiego golfa. Pies na tylnim siedzeniu zerwał się, szturchnął go pyskiem w  ramię.
- Co chcesz?-  mężczyzna podrapał  psa  za uchem. Leż - przykazał zaraz, bo pies, zachęcony ciepłym powitaniem, chciał się przecisnąć do przodu.
Niebo nad dachami przecięła długa błyskawica. Zagrzmiało. Od zachodu nad miasto nadciągały czarne chmury.
- Cholera - mruknął  mężczyzna. Stuknął  palcem w szybę -Tam właśnie musimy jechać.
Zapalił  papierosa. Przeciągnął  się. Bolał go kręgosłup - zmęczenie coraz bardziej dawało się mu we znaki.
Mimo zbliżającej się burzy, ruch na ulicy nie malał. Jezdnią sunął długi sznur samochodów, chodniki pełne były ludzi. Przed  kinem stała gromada dzieci z teczkami. Starsza kobieta - zapewne nauczycielka - tłumaczyła im coś nerwowo. Nad  jej głową czarująco uśmiechała się z plakatu półnaga, piękna Sharon Stone.
Mężczyzna rozpiął torbę leżącą na prawym siedzeniu. Wyjął żarcie dla  psa. Ułożył je na kocu na tylnim siedzeniu. Pies pilnie śledził poczynania opiekuna, lecz nie ruszył się.
- Jedz - powiedział  mężczyzna - tylko nie mlaskaj. Dopiero po tej komendzie pies pochylił się nad żarciem. Mężczyzna sięgnął po jedzenie dla siebie. Jadł powoli, dla zabicia czasu obserwując, co dzieje  się na ulicy. Młodzież weszła już do kina, za to na schodach pojawiła  się wysoka, szczupła dziewczyna. Mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Blondynka - ale nie wyglądała na bohaterkę popularnych dowcipów. Rozglądała się nerwowo, zerkała na zegarek.
- Popatrz, jaka ładna - rzekł mężczyzna do psa, ale ten wolał ogryzać kość niż gapić się na dziewczyny.
- Zawsze byłeś głupi - skwitował mężczyzna.
Przełożył kanapkę do lewej ręki. Prawą wygrzebał ze schowka szare zawiniątko. Ułożył je na kolanach i rozwinął. Wyjął pistolet. Wcisnął magazynek w kolbę. Sprawdził zabezpieczenie. Wsunął broń do schowka.
Znowu zagrzmiało. Niebo na zachodzie było już nie szare, lecz czarne.
Nikt  nie przyszedł. Dziewczyna przed kinem ostatni raz spojrzała na  zegarek. Zbiegła ze schodów, wsiadła do białego audi. Samochód ruszył z piskiem opon.
- Chyba jest wkurzona na faceta, który ją olał, jednym coś przychodzi łatwo, innym jak po grudzie - powiedział mężczyzna, pakując do ust ostatni kęs kanapki - na nas też już czas.
Poprowadził golfa na obwodnicę. Ledwie wyjechali za miasto, nastąpiło oberwanie chmury. Wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody z szyby. Nagle zapadł burzowy półmrok, rozświetlany wężami błyskawic. Widoczność spadła niemal do zera. Samochody zatrzymywały się na poboczu.
Tylko niektóre sunęły powoli w gigantycznych rozbryzgach, mimo zapalonych świateł niemal niewidoczne w sinej ścianie deszczu.
Po kilku minutach nawałnica minęła, ale nadal padał drobny deszcz. Mężczyzna zerknął na zegarek, pokręcił głową. Przyspieszył. Włączył radio. Nie wyłączył, momo że piosenka Perfektu "Ale wkoło jest wesoło" wprost nieprzyzwoicie nie przystawała do rzeczywsitości.
Wskazówka szybkościomierza gruboprzekroczyła  setkę. Pomruk silnika zginął w muzyce płynącej z głośników.
Jezdnia szkliła się w blasku reflektorów. Światła sunących z naprzeciwka samochodów połyskiwały niczym ślepia przedpotopowych gadów. Nad równiną raz po raz zapalały się błyskawice.
Na zjazd z obwodnicy golf wjechał z za dużą prędkością. Opony utraciły przyczepność, wóz potoczył się na lewy pas, prosto pod szesnastokołowego tira. Mężczyzna błyskawicznie skręcił do oporu kierownicę, do końca wcisnął pedał gazu. Ryk klaksonu tira zagłuszył huk silnika i gwizd kół buksujących po asfalcie.
Pies spadł z siedzenia, skamlał spazmatycznie.
W ostatniej chwili sto mechanicznych koni, zmuszonych do pracy na granicy swoich możliwości, wyniosło golfa na prawy pas.
Mężczyzna przykleił się do kierownicy. Skulił się, gdy kilkanaście centymetrów  od jego ramienia, chronionego jedynie szkłem i blachą, z apokaliptycznym grzmotem przewaliła się lawina rozpędzonej stali.
Minęło pół godziny, nim dotarli na miejsce. Golf zjechał na leśną drogę, potoczył  się kilkaset metrów, zatrzymał się przy krzywej sośnie.
Mężczyzna wyłączył silnik, przekręcił gałkę radia.
Ogarnęła  go  nagła  cisza. Ale to było tylko złudzenie. Po chwili usłyszał szum wiatru, wołanie ptaków. Czekał, aż przestaną mu drżeć dłonie. Pies zapiszczał. Mężczyzna otworzył drzwi.
- Idź - machnął ręką .
Pies wyskoczył jak wystrzelony z procy. Ruszył w galop dookoła samochodu.
Mężczyzna sięgnął do schowka.
Wyjął pistolet, wsunął do kieszeni kurtki. Sięgnął po zawiniątko z podłogi. Wysiadł z samochodu. Zatrzasnął drzwi, gwizdnął  na psa. Ruszył ku polanie.
Dotarł na miejsce, gdy na niebie pojawił się pierwszy blask księżyca. Ale w  jaskini panował głęboki mrok. Pies zatrzymał się przed wejściem.
Zatańczył nerwowo. Sierść zjeżyła mu się na grzbiecie. Spoglądał z niepokojem na mężczyznę.
- Chodź - skinął mężczyzna.
Pies zaskomlał. Ruszył naprzód, cofnął się.
- Zostań - mruknął mężczyzna.
Wszedł do jaskini.
Posuwał się powoli. Wąski krążek światła z latarki wędrował po ścianach. Wyłuskał z ciemności owalny kształt ofiarnego kręgu. Mężczyzna nachylił się. Przez długa chwilę badał układ symboli na ścianie kręgu. Potem wydobył z worka pod ramieniem łom. Wcisnął pod krawędź. Naparł nań całym ciałem. Na próżno - krąg ani drgnął.
Mężczyzna był zbyt zaaferowany swoim zajęciem, by usłyszeć, że gdzieś w górze zaczyna się sypać piasek ze stropu.
Ponowił wysiłek - bez rezultatu. Zaklął, przełożył łom w inne miejsce. Jego uwadze uniknęło trzeszczenie jednej z belek stropowych. Oczy mu płonęły, ręce drżały. Coś szeptał do siebie. Nacisnął na łom. Nagle rozległ się ostry trzask i krąg pękł. Długa rysa  przecięła kamień. Skorupa w  kształcie czapy zsunęła się i odkryła gładką powierzchnię, pokrytą regularnymi znakami. Mężczyzna pochylił się, by się im przyjrzeć. Szmer  sypiącego się piasku nasilił się, przeszedł w gwałtowny szum. Mężczyzna błyskawicznie się odwrócił. Zobaczył, że pod naporem ogromnej siły gną się i pękają belki pod stropem. Nie miał już czasu na ucieczkę. W głuchym huku runęło całe sklepienie.
Pies przed wejściem zawarczał. Cofnął się, kiedy ze środka uderzyła w niego chmura pyłu. Zaraz jednak powrócił. Nerwowo, na przemian warcząc i skamląc, tańczył na progu. Nagle zdecydował się. Ruszył naprzód. Zniknął w czeluści pełnej mroku, kurzu i szmeru osuwającej się ziemi.
Wynurzył się po kilkunastu minutach.
W przekrwionych ślepiach czaiło się szaleństwo.