| Obok Krajeński Kwartalnik Kulturalny powrót |
|
Edward Derylak
Gdzieś na końcu świata Siedzieli na ławce pod drzewami, u zbiegu Pomorskiej i Świerczewskiego. To była ich ławka, chociaż w żaden sposób nie oznaczona. Przychodzili około jedenastej, trzy razy w tygodniu, i dziwnym trafem ławka zawsze była wolna, dlatego mówili ze to ich. Dobiegający osiemdziesiątki Franciszek zazwyczaj był pierwszy, miał bliżej, pięćdziesiąt metrów zaledwie. Zanim usiadł, spuszczał ze smyczy psa. Czarny pudel, na trawie pod wiekowymi dębami i kasztanowcami, zachłystywał się wolnością. O kilka lat młodszy Michał przychodził zaraz po nim; ciężko dysząc sadowił się obok. Przez otwarte usta zachłannie zasysał powietrze, jakby każdy jego haust miał być ostatnim. Potem dokonywali przeglądu wydarzeń – a mieli w czym wybierać. Ich ławka była oazą na pustyni światowych i krajowych wydarzeń: drugiej wojny irackiej, finansowej niewydolności Narodowego Funduszu Zdrowia i strajku górników, od których aż kipiały gazety i telewizja. - Za naszych czasów było inaczej... – odezwał się Michał, ważąc każde słowo. Jego spojrzenie oplatało rdzawe liście kasztanowców – ... inaczej, bo spokojniej i pewniej; wszystko poukładane, na miejscu, nie to co teraz ... – ciągnął nostalgicznie, po czym raptem zamilkł. – Byliśmy młodzi – dodał z westchnieniem. Gaworzyli sobie nieśpiesznie, a dzień godzina po godzinie, wchodził w zapowiadany wczoraj upał. Ulicą nieustannie sunęły samochody; w oddali, ze szkolnego boiska niósł się gwar rozbawionych dzieci. Pudel warczał niecierpliwie; zębami szarpał nogawkę spodni pana, to znów chwytał w mały pyszczek gruby kij i wymachiwał nim w lewo i w prawo. Franciszek najpierw tarmosił kudłaty łepek, potem rzucał wyrwanym z pyska badylem. Pies rzucał się susem w tamtym kierunku, chwytał w zęby zdobycz i zalegał w wysokiej trawie; gryzł, ślinił się, a mały kulisty ogon, latał radośnie na wszystkie strony. - A no, było inaczej. – Zapomniał o psie i spojrzał na kolegę. – A wiesz? – odezwał się zmieniając temat. – Podobno, jeśli nie znajdą skutecznego środka, to za kilka lat wyginą wszystkie kasztanowce. Tak mówili w telewizji. - My już tego nie zobaczymy. Powietrze rozdarł pisk opon hamującego samochodu. Jednocześnie spojrzeli w tamtym kierunku. Czarne, z przyciemnionymi szybami, beemwu pokonywało chodnik i bezczelnie wtaczało się na parking przy Piastowskiej. Tak samo zrobił jadący za nim mercedes. Z dezaprobatą pokręcili głowami. - I pomyśleć, że ja przygotowałem im to miejsce. - Jak to przygotowywałeś? – zainteresował się Michał. - A no tak. Było to około pięćdziesiątego, gorące lato – zaczął. – Pracowałem jako robotnik przy wyburzaniu zniszczonych częściowo domów. Z samego rana przywieźli nas tutaj; krokwie, dachówka, futryny okien i drzwi leżały przy tej stacji transformatorowej – ręką wskazał kilkumetrowy prostopadłościan z przybudówkami, sięgającymi połowy jego wysokości, po obu stronach i dachem w kształcie ostrosłupa. – Tak wyglądała wieża Keplera przy bramie szpitalnej. To była całkiem dobra kamienica. Podobno z siedemnastego wieku – w głosie Franciszka pobrzmiewała nuta żalu. – Były jeszcze takie, które straszyły swoimi kikutami; gromadziły się tam bandy pospolitych rzezimieszków, pijaków i złodziei. – Nabrał powietrza i patrząc na błyszczący w słońcu asfalt ciągnął dalej. – Przyszedł wtedy facet w zniszczonej marynarce i pod krawatem. Był wysoki i bardzo chudy. W lewej ręce trzymał wyświechtaną, brązową teczkę – taką jeszcze sprzed wojny. Pewnie jakiś urzędnik. Stał, patrzył i co chwilę zanosił się kaszlem. Może jaki gruźlik – pomyślałem. Zawołał naszego brygadzistę. Stary Opałko stanął przed nim wyprężony. Coś do niego mówił, machał rękami... Gdy odchodził głośno powiedział: „ – Opałko, do końca tygodnia nie ma być śladu, że stała tutaj jakaś kamienica”. Michał słuchał z zaciekawieniem. - Jeszcze tego samego dnia kazali mi zerwać ze ściany domu przylegającego do Piastowskiej tablicę. Wyczytałem z niej, że chodziło o Keplera. Zresztą nie ważne to, Kepler nie Kepler. Niemiec, ot co – Franciszek machnął z rezygnacją ręką. – Niemiecki uczony, astronom – dodał po chwili wstając z ławki. Michał przywołał psa i zapiął mu smycz. Powolnym krokiem przemierzyli parkową ścieżkę, kawałek chodnika i weszli na parking. Franciszek spojrzał na miniaturę wieży, potem wtopił wzrok w rozpalony asfalt i się zamyślił. Pamięć przywołała tamten obraz sprzed lat: ruiny domu, wnikający w oczy, uszy, nos ceglany pył i urzędnika ze skórzaną teczką. Zanurzył się w przeszłości. Nikt już do końca się nie dowie jak wyglądał tamten jesienny dzień. Z pewnością Johanes Kepler patrzył ze swojego pokoju na ulicę i myślał o dalekiej podróży. A za oknem dzień był ponury: siąpiący od kilku dni deszcz zamienił „kocie łby” w lśniące brunatne kałuże, ludzie w przemokniętych łachmanach przemykali w pośpiechu, woźnica, okryty zgrzebną derką z kapturem, batem poganiał szkapę z zapadłymi bokami, a miejscowy żebrak człapał powoli nie omijając kałuż. Wyliniałe drzewa patrzyły na to wszystko w milczeniu. Zastygła twarz, wysunięty do przodu podbródek z ciemną brodą i nieruchome oczy nadawały mu wygląd pomnikowego mędrca na cokole. Tłumiony, dochodzący z piwnicy, metaliczny stukot maszyny drukarskiej był mu bliski i nie zagłuszał jego ciszy. Głowę wypełniały mu myśli. Zjawiały się zawsze z rana; systematycznie od kilku tygodni, gdy sen już minął; niesforne, skryte, niczym nie skrępowane przyprawiały o ból, którego nie można było ujarzmić. Tylko sen przynosił od nich wytchnienie, ale ostatnio i o niego było coraz trudniej. Poruszał go wewnętrznie dochodzący zza ściany, niekończący się płacz dziecka; zaczął się irytować. Myśli coraz częściej przywoływały obrazy i ludzi z niedawnej przeszłości. „Praga, jedno z większych miast cesarstwa, to całkiem co innego, niż ta mieścina z dala od uczęszczanych szlaków, do której poczta zdąża tygodniami. Wyrzec się wiary, porzucić protestantyzm? – nigdy!; katedra na uniwersytecie w Padwie? – nie potrzebuję takiego splendoru”. A wszystko to za przyczyną tego jednego horoskopu, który postawił dla Wallensteina. „ – Osiądziesz w moim Żaganiu” – usłyszał wkrótce potem, gdy horoskop się sprawdził. To przecież gdzieś na końcu świata – pomyślał od razu. Jego obawy i wątpliwości książę uciął krótko: „ – Włos ci z głowy nie spadnie. Dostaniesz mieszkanie, pomieszczenie na drukarnię i miejsce do swoich obserwacji. Mój zarządca się tobą zajmie”. Stał teraz przy oknie i zastanawiał się, co dalej. Przeraźliwe skrzypienie ciężkich drzwi wymazało obrazy sprzed dwóch lat. Podszedł do stołu, spojrzał na piętrzące się na nim notatki, obliczenia, stojący mały globus. „Po co to, komu? – pomyślał. Zwykły pastor wzbudza zainteresowanie tym, co mówi u większej ilości ludzi, niż ja wynikami swoich badań. Jestem taki ważny, wielki Kepler, a zostało mi tylko kilkanaście guldenów; jem z rodziną tanie ryby. Na mleko dla dzieci wkrótce zabraknie. Podobno Wallenstein popadł w niełaskę, pozbawiono go wszelkich dostojeństw i stanowisk. Nie pomogły wysłane listy i prośby w nich zawarte. To wstyd żebym łaknął każdego grosza. Był niepewny jutra czy będzie, co do garnka włożyć. Janie Keplerze zdecyduj się! – mówił wewnętrzny głos. – Do Regesburga daleko... ale tam obraduje zjazd elektorów, upomnij się o swoje”. I pojechał. Starsi panowie mijali budynek, z którego z otwartych okien wylewała się wrzawa głośnych rozmów, bełkotu i pokrzykiwań. Franciszek się zatrzymał. Spod słomkowego kapelusza spojrzał na budynek, na wysokość pierwszego piętra. Dokładnie pamięta tamtą tablicę, chociaż wtedy nie rozumiał niemieckich wyrazów. - Popatrz! – wskazał ręką. – W tym miejscu pozostał teraz, tylko kawałek okrągłej blachy. Michał osłonił oczy od słonecznego blasku i podniósł głowę. Nic szczególnego nie dojrzał, bo skierował na kolegę pytające spojrzenie. Ludzie z niezadowoleniem omijali dwóch starszych panów, którym zebrało się na wspominki – tak pewnie myśleli. - W tym miejscu była ta wieża, z której Kepler prowadził obserwacje – mówił dalej Franciszek. – Przylegała do bramy szpitalnej, a dalej, w lewo i w prawo – wskazał ręką – ciągnęły się mury miasta. Na początku XX wieku powstała odtworzona z rysunków i szkiców jej miniatura – ciągnął jak przewodnik. Nie wiem, dlaczego nie została zburzona razem z tym budynkiem? Może była potrzebna na tę stację transformatorową? Szli ulicą Keplera. Powietrze gęstniało od gorąca. Pies na smyczy wlókł się ociężale, zamiatając wiszącym jęzorem chodnik. |