| Obok
Krajeński Kwartalnik Kulturalny
|
| powrót |
| Tomasz Sobieraj |
| Gra kwiatów |
| Piramida ...To nie tak łatwo wejść i tu, gdzie wszedłeś; to, czego dokonałeś, już wspaniałą jest rzeczą. Bo i najniższy ten stopień – wysoko wydźwignięty jest ponad pospolity świat. Zanim się wejdzie na ten pierwszy stopień, trzeba zasłużyć na to by się stać obywatelem republiki myśli. K. Kawafis, Pierwszy stopień I Stoję Na szczycie Piramidy Słońca W jakimś miasteczku Podobno To Teotihuacán Przynajmniej tak wynika z mapy Pierzastego Węża Twierdził Że właśnie tutaj Ludzie stają się Bogami II Przybyłem na miejsce wieczorem Kamienne stopnie Wiodły mnie prosto do nieba Gdyby nie jaszczurki Śpiące w czerwonych płomieniach Byłbym Zupełnie sam Nastała noc Stałem na szczycie Piramidy Słońca Gdzie rodzili się bogowie Wyżej Nie dało się wejść Nagle Skończyły się schody I złoty pył wskazujący drogę Nieba Nie mogłem dosięgnąć Zawiedziony Rzucałem głazy w stronę Księżyca A on Śmiał się wzgardliwie (Chociaż te sińce Na jego twarzy To moja robota!) Nawet zuchwałe słowa Zazwyczaj tak pomocne Nie zdziałały niczego Piramida Ciągle milczała Obojętna Nie stałem się bogiem Zmęczony Zasnąłem koło północy Z kamieniem pod głową I chmurą na plecach Śniłem Swój sen o potędze III Zbudził mnie chłód poranka Przetarłem oczy Uniosłem głowę Wiedziałem: Jestem jeszcze zbyt słaby Dlatego Zostałem tylko królem Jaszczurek i węży Ale stoję Na szczycie Piramidy Słońca Stoję I widok mam Na moje królestwo Całkiem rozległy Rua do Prior Jest w Lizbonie senna ulica Krótka i wąska Rua do Prior Wybrukowana Kostką z jasnego marmuru Skryta W cieniu żółtych domów Z małymi balkonami Przed drzwiami z masywnego drewna Gładkimi Od czułych dotknięć Siedzą kobiety w czarnych sukniach Obok męźczyźni Grają w domino Piją Maderę z małych szklanek Dzieci Śmieją się Z niezdarnych szczeniaków Pochłoniętych zabawą Starą piłką I kiedy tak stoję oparty o ścianę Pokrytą chłodnym azulejo Słyszę jeszcze gwar Sprzed pięciu wieków Głosy kupców korzennych Dzwony kościołów Kroki załogi Vasco da Gamy Idącej do portu w Belém A naprzeciwko... Fernando Pessoa Uśmiecha się Też widzi i słyszy To co ja.. Raport Ostatnio Sporo latałem po świecie Zbierałem dane do raportu O stanie dusz Dla niepoznaki Zamieniłem się W małe skrawki nocnego nieba Czarne kruki Oczywiście Nikt mnie nie rozpoznał Raport nie był pomyślny Dla mieszkańców Ziemi Gardzili poznaniem I miłością Wielbili głupotę i zgiełk Do tego Uprawiali ten dziwaczny Kult młodości Pewni siebie Wygnali Boga ze swoich domów Gmachy kościołów Też stały puste Jedynie na górskich pustkowiach Widywałem ślady banity Zazwyczaj obok strumieni Które wyraźnie Sobie upodobał Byłem już gotów zakończyć raport Wnioskiem o potop Lub totalną wojnę Gdy nagle Ujrzałem dwoje ludzi Niedaleko Weixi (To w górach Yun Ling) Szli powoli Ścieżką wzdłuż potoku Oboje starzy Podobni do siebie Jak brzozy zrośnięte pniami Czasem stawali Przejęci urodą krajobrazu Trzymali się za ręce Uśmiechali Dawni kochankowie Dobre małżeństwo Od razu to poznałem Nawet Słońce Pocałowało ich delikatnie Wzruszone Gdy doszli do małego domu Pośród sosen Usiedli na ganku Pili herbatę Patrząc na szczyty Drzemiące pod śniegiem Milczeli Cichy deszcz Poił kwiaty w ogrodzie Było tak spokojnie Pomyślałem Że raport może poczekać Kilka lat Niech sobie umrą Ostatni suwerenni Szczęśliwi Samotnie Wieczorem Świetlisty pielgrzym przeszedł po niebie Zawrócił w głowach słonecznikom Pochyliły się zawstydzone Jak chłopcy przyłapani Na podglądaniu dziewcząt Obudziły się nocne motyle Te z kolei kochają się w Księżycu Jednak bez wzajemności – on wyraźnie Woli namiętne szepty strumienia W którym tak doskonale Rozpuszcza chłodne światło Patrzę przez uchylone okno Ogród śni sam o sobie Jest późno Idę po niebieskie astry Które tak lubisz stojące w wazonie Spełnienie Noc osuwała się przed świtem Półprzytomnie Rozedrgana jeszcze lekko Po spełnieniu Odurzona Obłędnymi pieszczotami Burzy Patrzyłem na to z pełnym podziwem Wdychając aromat Niezwykle erotyczny Poranka Nad jeziorem Er Hai Na jeziorze Leżę w łodzi Bez wioseł W noc gwiaździstą Pośrodku Nefrytowego jeziora Nieco pijany Banalnym szczęściem Spełnionego kochanka Pilnują mnie Cesarskie karpie Mądre I ciche Niejednego już tu widziały Szaleńca A ja Zasypiam Śnię o tym Czego nie ma |