Edyta Piecyk
 

 

Jestem dla ciebie


Jestem dla ciebie,
czasami dla siebie...
I nic nie zdoła zmienić
mojej woli,
może niewoli?
Lecz jestem dla ciebie...

Dla Tej, co od tysięcy lat -
- kobietą,
i wciąż pociąga, jak kwiaty na wiosnę
i Jej się oprzeć, to oprzeć się
sobie...

Więc jestem dla ciebie...
Brudnej, starganej,
w czasie rozmytej, nie namalowanej,
co nocą stęka, popłakuje, woła,
głosem anioła...

Lecz chcę być dla ciebie,
dla czoła, dla oczu, dla ust
jak narkotyk, jak opium…

W czasie i w przestrzeni,
ku światłu i nocy,
ku życiu, ku śmierci
zawrotnie się toczyć i biec
i uciekać przed światłem
w odmęty,
gdzieś w jasne kwazary,
w grób ręką nie tknięty.

I tylko oddychać i...
Oddech czuć w sobie i...
Impuls w neuronach i...
Drżenie rąk, powiek,
i okryć swym ciałem
tak wątłe to ciało
i usnąć w bezdechu miłości...
To mało?

I jeszcze jak embrion,
co w łonie trwa cicho,
czekać do narodzin…
Czy śmierci?
Oddychać…

Co we mnie,
to w tobie…
Nic wbrew naszym światom…
Wszystko – wbrew historii, czasowi,
wszechświatom...


Czas jesieni

Splećmy ręce gałązkami topoli, jesionów,
splećmy ręce w ich nagości, prostocie czarnych kor…
Splećmy ręce, by już więcej nie pragnąć miłości,
by zapomnieć, w jesieni, lekko usnąć i ...

Spójrz mi w oczy i powiedz, co widzisz, ty, z boku…
Spójrz mi w oczy i powiedz, czy taki jest świat:
zgniłe liście na zwłokach wrześniowego człowieka
i jesienny niepokój, dziecięcy strach…

Czy daleko do nieba? Moja matko, powiedz…
Czy daleko do słońca, do wierzchołków drzew ?
Spójrz za okno, dziecino, ono ci odpowie…
Spójrz, jak złoci się ten jesienny dzień…

Droga żółta i senna od dębowych liści,
zapach jabłek z ogrodu słodki niesie wiatr...
I gołe topole oblepione kiściami
słabych ludzkich dłoni dotykają nieba...


Jestem

nie jestem snem
i nie umiem umierać tak po prostu,
odchodzić i wracać co noc...

może kiedyś?
nie dzisiaj…
może jutro?
nie teraz…
czy na pewno ?

sto furt otwartych w cztery strony świata
wciąż czeka...

nie jestem tobą, nie będę…
nie jestem już nawet sobą,
lecz ciągle trwam...
w bycie, w niebycie…
w złej samotności…
sam...

trwam i zasypiam
jak świeca cmentarna
codziennie...


Sen

ugłaskałam tę noc,
oderwałam od reszty
i czekałam…
stoczył się sen jako pierwszy…

wyśniłam ten czas…
okolone ramiona
w kwieciu drzew,
drętwych sosen,
w woni piżma…

i nie chciałam nic czuć,
tylko patrzeć, po prostu…
schować w oku źrenicę
gdzieś za sosną, za sosną
najwyższą, moją…

i nie chciałam nic wiedzieć,
stąd to moje milczenie…
w każdym śnie nic nie mówię,
nie uciekam daleko…

w końcu, chcę się obudzić…