| Obok
Krajeński Kwartalnik Kulturalny
|
| powrót |
| Klaudia Bączyk |
| O kajecikowym spisie, telenowelach i chamskim Piotrze, który czuwa nad wpuszczaniem dziewoj |
| Ostatnio
ogarnąłem powieść Doroty Masłowskiej. Co za brednie ta kobieta
wypisuje: że niby facet, że niby ćpun, że niby z rzygającymi laskami
się zadaje. Który facet chce rżnąc lalę, gdy ta mu rzyga na
pościel? No który? Chyba tylko jakiś żul bądź koleś, dla
którego to jedyna okazja na sex. Ja takiemu czemuś mówię
stanowczo: nie! Mam 29 lat i coś
tam w życiu przeżyłem, ale na przykład rzygającej kamieniami laski nie
miałem, dziewicy brudzącej mi pościel też nie ani żadnych ladacznic, o
których bym nie pamiętał.
Chyba że faktycznie je zapomniałem, ale widocznie nie były warte odnotowania
w zeszyciku. I od razu tłumaczę, tu o żaden kajecik, spis ladacznic i
cudzołożnic nie chodzi, o żadne numery, statystyki i inne takie. To
zwykły zeszyt, w którym ja, uparcie starający się ćwiczyć swą
pamięć, z mizernym skutkiem, zapisuję imiona mych dziewczyn, ich numery
i podstawowe informacje, żeby mi potem jedna z drugą nie zaczęły
wmawiać, że niby kino
obiecałem czy coś. W związkach bowiem trzeba być szczerym i jak najbardziej
pewnym swych poczynań. Jak już mam się z jakąś dziewoją umówić,
to niech ona wie, że ja dla niej wszystko co najlepsze przygotuję i że
w żadnym wypadku nie chodzi mi o sex, a
jedynie o dobrą znajomość, konstruktywną rozmowę, drobne pieszczoty, a może
jedynie miłe towarzystwo przy oglądaniu filmu. Oczywiście, nie komedii
romantycznych, bo ja żadnym gejem nie jestem, ani też nie
horrorów, bo filmy grozy z pannami stają się komiczne i tracą
jakikolwiek sens. Już tu nagle pojawia się muzyczka zapowiadająca
rychłą katastrofę, już wynurza się ręka zbrukana krwią, a jak ta
wrzaśnie, że straszne, że się boi, że co to za bzdura. I ja wtedy
faktycznie myślę sobie, że to jakiś mit, bo normalnie gdy coś widzisz
na żywo to nie musisz dzielić swego lęku z lalą, dla której krew
jest czymś fuj, trup jest
ble, a najpiękniejsze są postaci z „Beverly Hills”. I wystarczy
tylko wspomnieć o tym kultowym serialu i już zacznie bełkotać, że na
początku to ona chciała być Kelly, bo to taka drobna blondynka i miła i
ładna i jaka to ona jeszcze by nie była, jest po prostu wzorem.
Wszystko jednak się zmienia, kiedy ta boska Kelly odbija chłopaka
Brendzie, wtedy ona po prostu dziwką się staje. I już słyszę, że ta
Brenda to brzydka i gruba i jakaś głupia, ale żeby tak
przyjaciółka jej faceta odebrała to skandal. Nagle zatem
pojawiają się te moralne dylematy, jakby kogoś to obchodziło, z kim ta
moja panna chce się dzisiaj utożsamić. Wystarczy pokiwać głową dla
świętego spokoju, a już się usłyszy, że ta Brenda to jak Madzia w
„M jak miłość” lub doktor Zosia w jakimś tam innym serialu.
I tego to już nikt nie powstrzyma. Siedzimy sobie, piękna romantyczna
kolacja, bo i panna miła, to i jadło musi być najlepsze. Staram się jak
mogę, bo może w końcu z nią uda mi się normalny, niekoniecznie do razu
oralny związek zbudować, gdy ona mi tu z całym klanem powiązań wyleci.
Nie wiedząc kiedy, nagle usłyszę o wszystkich serialach z niezapomnianą
„Modą na sukces” na
czele... I jak tu być spokojnym? Obraz, który jeszcze przed chwilą
widniał przed oczyma duszy mojej, jak to ona w białej sukience biegnie
po łące, jak mnie kocha, jak się pięknie uśmiecha, machając do mnie
czule. Nic! Teraz siedzi przede mną wcale już nie taka znowuż
romantyczna, nie taka ładna, bez uśmiechu, a za to z powagą na twarzy
opowiada jak to Brooke niczym ta Kelly albo doktor Zosia, bo sam się w
tym gubię, zdradza... I to z kim zdradza... A ja to bym chciał tak chociaż raz spotkać taką mądrą laskę, która mi powie, że tych gówien nie ogląda, która spełni moją wizję biegnącej po łące, może z wiankiem na głowie, niekoniecznie symbolizującym dziewictwo. I bym nie musiał w kajecie wpisywać przy jej nazwisku seriale, bym wyjątkowo to pominął na rzecz czegoś innego. Nie musi być to od razu sport ani nawet muzyka. Może jednak jakieś książki by czytała? Tylko nie te feministyczne, od których tylko mózg im się lasuje. By mi od razu nie wyjeżdżała z wizją, jak to kobieta niczym chłop cały swój żywot cierpi, a na koniec nic nie zyskuje, bo do Bram Niebieskich wpuszcza mężczyzna i to szowinista w dodatku, który jej nie wpuści, bo to: „zła kobieta była”. Brrr... i jak tu ją pokochać, jak ona mi św. Piotra od wrednych samców wyzywa i zerka w mą stronę, a widząc, że staję się jakoś dziwnie napięty, uśmiecha się czule, na co mam jej ochotę powiedzieć, by spierdalała do swojego nieba z innymi feministkami, gdzie udławi ich ta kobiecość i niechęć do mężczyzn... Więc skreślam i tę, wpisuję pod hasłem feminizm i szukam dalej... Szukam, każdego dnia od nowa dopisuję do swego zbioru kolejne nazwiska, by przypadkiem nigdy się z nią nie umówić, by nie cierpieć na myśl, że znów te seriale i ten męski Bóg, który nawiedza ją w snach... Budzę się rano, myśląc, że może dziś uda mi się na trzeźwo ogarnąć jakąś dziewczynę, która będzie bliska tej mojej pannie z łąk. Liczę także, że nie czytała Masłowskiej i nie powie o mnie: jesteś jak Silny, co to z tymi rzygającymi się zadaje... A może powie: mój miły i pobiegnie ze mną do rajskiego ogrodu bez podziału płci i tej zdradliwej suki Kelly?! |